Noblistów z reguły czytać się nie da. Mało jest takich, po których ludzkość sięga odruchowo, masowo, z przyzwyczajenia. Może Llosa, może Steinbeck, może Hemingway. Czy z Szymborską jest inaczej? Nie wiem. Wiem za to, że jest jedną z niewielu kobiet dzierżących pióro, po twórczość których sięgam od zawsze z niekłamaną przyjemnością. Przyziemnością.
Z poetami jest trochę jak ze starożytnymi filozofami. Nie chcą do końca odejść, bo żyją w swych dziełach. Nie porwę się na epitafium dla Szymborskiej. Nie mam odwagi. "Bez względu na długość życia życiorys powinien być krótki", ale przecież cokolwiek by nie napisać, w jej przypadku będzie za krótkie. Zamiast przeczesywać biografie sięgam po wybór jej wierszy. Wydany zaraz po tragedii sztokholmskiej. Między stronami jeszcze wstążka z nadrukiem "Nobel '96". Otwieram na pierwszej stronie, "Atlantyda". Czytam pierwsze wersy kiedy za moimi plecami w telewizji Katarzyna Kolenda-Zaleska opowiada, że Szymborska nie lubiła, kiedy śpiewało się jej wiersze. Tymczasem ta Atlantyda brzmi tak znajomo... Turnau! To on śpiewał, że "Istnieli albo nie istnieli./Na wyspie albo nie na wyspie./Ocean albo nie ocean/połknął ich albo nie". To tego słuchałam godzinami z J., przygotowując się do matury.
To jedno wspomnienie rozwiązuje cały worek. Przypomina mi się, jak całkiem niedawno odwracałam wzrok, żeby N. nie widziała mojego wzruszenia na dźwięk cytowanych przez nią pierwszych wersów "Nic dwa razy". Wykułyśmy to jeszcze w podstawówce, razem, na pamięć. Dopiero wiele lat później dotarło do nas, że to nie wierszyk do odklepania na konkursie recytatorskim tylko gwarancja naszego wspólnego trwania na złe godziny, co z niepotrzebnym mieszają się lękiem.
Uświadamiam sobie, że Szymborska gości w mojej kuchni, że myślę o niej (i o Günterze Grassie) zawsze przy obieraniu cebuli, która "...nie ma wnętrzności./Jest sobą na wskroś cebula/do stopnia cebuliczności". Nie doczytuję do końca. Przewracam kartkę i jest. Prosty jak świat, który znałam, kiedy uczyłam się składać litery w słowa, ulubiony wiersz mojej mamy, w którym "Szarańcza, aligator, trychnina i giez/żyją jak żyją i rade są z tego".
O Szymborskiej myślę na każdym pogrzebie. Bo to ona głośno powiedziała, że cmentarne rozmowy bywają o niczym, o tym, że "ksiądz istny Belmondo" i że "czwórką albo dwunastką".
Z poetami jest trochę jak ze starożytnymi filozofami.
"Dla takich, którzy myślą, święte nic nie jest.
Zuchwałe nazywanie rzeczy po imieniu,
rozwiązłe analizy, wszeteczne syntezy,
pogoń za nagim faktem dzika i hulaszcza,
lubieżne obmacywanie drażliwych tematów,
tarło poglądów - w to im właśnie graj".
Skoro "nie ma rozpusty gorszej niż myślenie", to Szymborska odeszła jako największa rozpustnica naszych czasów.
Wstaję rano, wypijam kawę, witam się ze sobą w lustrze i już jestem w drodze. Zatrudniona na pełnym etacie na stanowisku obserwatora. Z zamiłowania kolekcjonerka skrawków ludzkich historii.
środa, 1 lutego 2012
wtorek, 24 stycznia 2012
Ab ovo ad ACTA
Internet, poza nadrzędną funkcją komunikowania, służy do trzech rzeczy. Oglądania pornografii, zarabiania pieniędzy i konsumowania kulturowej - przeważnie ciężkostrawnej i mało odżywczej - pulpy. Istnieją, owszem, wirtualne muzea, parki i galerie, ale nie łudzę się, że 100% internautów urządza sobie popołudniowe spacerki po Luwrze. Homo internautus większość czasu spędza na portalach społecznościowych oraz stronach z filmami i serialami, których legalność jest - eufemistycznie mówiąc - kwestią sporną. Niektórzy oddają się przyjemności "grania w gierki" w sieci na średnio trzy godziny dziennie i choć do japońskiej wersji nolife'ów im jeszcze daleko, to groźba, że w ogóle przestaną wychodzić z domu już dawno realnie zawisła w wirtualnym powietrzu.
Internauci entuzjastycznie partycypują w wątpliwej jakości dyskusji o ACTA tylko dlatego, że obejrzeli frajerski filmik utrzymany w big-brotherskim tonie kolejnego ograniczania swobód obywatelskich. Na społeczeństwo padł blady strach, nie dlatego, że obawia się cenzury, ale dlatego, że zaistniało ryzyko zamknięcia portalu, którego nazwa przywodzi mi na myśli niesmaczną mieszankę szejka z kwękaniem i na którym propaguje się równie niesmaczny dowcip. Nie daj Bóg trzeba będzie na powrót zacząć ze sobą rozmawiać po polsku, a nie hasłami spod obrazków, których poziom nie przewyższa wcale poziomu malowideł z jaskiń w Górach Kantabryjskich. Naprawdę, wielka to strata dla ludzkości.
Większość dyskutujących nawet nie wysiliła się, żeby przeczytać, co na ten temat mają do powiedzenia gazety, nie wysłuchała radiowców. Za to na podstawie sądów buduje sądy. Nie żartuję, jak mi ktoś nie wierzy, niech ściągnie słuchawki w autobusie i przysłucha się rozmowom współpasażerów.
Proszę państwa, paradoks. My-społeczeństwo radośnie rozdające nasze dane osobowe na prawo i lewo boimy się, że ktoś ograniczy naszą wolność osobistą.
My-społeczeństwo (z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy) klikające "lubię to" pod każdą pierdołą i wrzucające na swoje wirtualne ściany po tysiąckroć przerobione w popularnym programie do obróbki zdjęcia protestujemy przeciw ograniczaniu własności intelektualnej.
My-społeczeństwo dla zabicia czasu uprawiające wirtualne marchewki i marihuanę wyrażamy obawę, że ABW, najlepiej we współpracy z CIA i FBI, wyważy nam drzwi o czwartej nad ranem, a nasze żony i dzieci za kłaki zawlecze na przesłuchanie w pokoju bez okien za to z lustrem weneckim.
My-społeczeństwo śmiejące się z matchstick man'a o twarzy zepsutego ziemniaka ubolewamy nad ograniczaniem wolności tworzenia.
My-społeczeństwo w ciemno podpisujące umowy i zobowiązania jednym kliknięciem myszki w okno "I agree".
My-społeczeństwo wirtualnie okradające realnych ludzi.
My-społeczeństwo z tęsknotą wpatrujące się w przerobione zdjęcia szesnastolatek w galeriach pod wszystko mówiącymi tytułami "Chudość, Miłość, Zajebistość".
My-społeczeństwo plujące jadem bez ortografii i interpunkcji w komentarzach na blogach polityków, a ukrywające się pod pseudonimami.
Koniec końców my-społeczeństwo żyjące w cieniu wiecznego postradzieckiego, smoleńskiego, rządowego i gazeto-wyborczego spisku nie ufamy sobie do tego stopnia, że w niepodpisanym jeszcze dokumencie upatrujemy (odnoszę wrażenie, że z upodobaniem) końca wolności słowa i działania.
My-społeczeństwo nieudolnie trawiące rzucone nam ochłapy informacji z bezpłatnych gazet, niedyskretnie bekające podejrzliwymi sądami ludzi równie anonimowych jak my sami.
My-społeczeństwo podnoszące kwiatowy bunt z popularnego graffiti Banksy'ego - puknijmy się w głowy.
Internauci entuzjastycznie partycypują w wątpliwej jakości dyskusji o ACTA tylko dlatego, że obejrzeli frajerski filmik utrzymany w big-brotherskim tonie kolejnego ograniczania swobód obywatelskich. Na społeczeństwo padł blady strach, nie dlatego, że obawia się cenzury, ale dlatego, że zaistniało ryzyko zamknięcia portalu, którego nazwa przywodzi mi na myśli niesmaczną mieszankę szejka z kwękaniem i na którym propaguje się równie niesmaczny dowcip. Nie daj Bóg trzeba będzie na powrót zacząć ze sobą rozmawiać po polsku, a nie hasłami spod obrazków, których poziom nie przewyższa wcale poziomu malowideł z jaskiń w Górach Kantabryjskich. Naprawdę, wielka to strata dla ludzkości.
Większość dyskutujących nawet nie wysiliła się, żeby przeczytać, co na ten temat mają do powiedzenia gazety, nie wysłuchała radiowców. Za to na podstawie sądów buduje sądy. Nie żartuję, jak mi ktoś nie wierzy, niech ściągnie słuchawki w autobusie i przysłucha się rozmowom współpasażerów.
Proszę państwa, paradoks. My-społeczeństwo radośnie rozdające nasze dane osobowe na prawo i lewo boimy się, że ktoś ograniczy naszą wolność osobistą.
My-społeczeństwo (z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy) klikające "lubię to" pod każdą pierdołą i wrzucające na swoje wirtualne ściany po tysiąckroć przerobione w popularnym programie do obróbki zdjęcia protestujemy przeciw ograniczaniu własności intelektualnej.
My-społeczeństwo dla zabicia czasu uprawiające wirtualne marchewki i marihuanę wyrażamy obawę, że ABW, najlepiej we współpracy z CIA i FBI, wyważy nam drzwi o czwartej nad ranem, a nasze żony i dzieci za kłaki zawlecze na przesłuchanie w pokoju bez okien za to z lustrem weneckim.
My-społeczeństwo śmiejące się z matchstick man'a o twarzy zepsutego ziemniaka ubolewamy nad ograniczaniem wolności tworzenia.
My-społeczeństwo w ciemno podpisujące umowy i zobowiązania jednym kliknięciem myszki w okno "I agree".
My-społeczeństwo wirtualnie okradające realnych ludzi.
My-społeczeństwo z tęsknotą wpatrujące się w przerobione zdjęcia szesnastolatek w galeriach pod wszystko mówiącymi tytułami "Chudość, Miłość, Zajebistość".
My-społeczeństwo plujące jadem bez ortografii i interpunkcji w komentarzach na blogach polityków, a ukrywające się pod pseudonimami.
Koniec końców my-społeczeństwo żyjące w cieniu wiecznego postradzieckiego, smoleńskiego, rządowego i gazeto-wyborczego spisku nie ufamy sobie do tego stopnia, że w niepodpisanym jeszcze dokumencie upatrujemy (odnoszę wrażenie, że z upodobaniem) końca wolności słowa i działania.
My-społeczeństwo nieudolnie trawiące rzucone nam ochłapy informacji z bezpłatnych gazet, niedyskretnie bekające podejrzliwymi sądami ludzi równie anonimowych jak my sami.
My-społeczeństwo podnoszące kwiatowy bunt z popularnego graffiti Banksy'ego - puknijmy się w głowy.
piątek, 23 grudnia 2011
Na karpia
Kiedyś było takie przysłowie, że dzieci i ryby głosu nie mają. Dzisiaj dzieci mają rzeczników, a ryby obrońców. Już myślałam, że przyjdzie mi obejść się smakiem albo konstruować tanie jak barszcz życzenia świąteczne, a tu proszę - polska rzeczywistość dostarcza absurdów, o które w nawiązaniu do Bożego Narodzenia można zahaczyć i podumać o życiu.
Oto bowiem w czas świąteczny protestuje się przeciwko niehumanitarnemu zabijaniu karpia. Rzesze przebranych za ryby przeciwników rybołówstwa wychodzą naprzeciw smakoszom białego mięsa o cokolwiek mułowym posmaku. Skutek tego jest mniej więcej taki, że departament rybny naszego rządu już szykuje przepis w imieniu karpia. Że kary, że areszty, że przeszkolenia specjalne na przewóz. Że nie zabijać na widoku, a smażyć tylko na oleju z pierwszego tłoczenia.
Dziadek mój zawsze przed walnięciem karpia młotkiem w łeb grzecznie go przeprasza. A szlachtuje zawsze na widoku, podobnie jak całą resztę rybnego towarzystwa. W moim roczniku dzieci nie musiały się na biologii uczyć, co to jest pęcherz pławny i łuska, bo nauczyły się tego na podwórku. Sekcja zwłok ryby była dla nas czymś normalnym, a nie przykładem nieprzeciętnego okrucieństwa. Ale rozumiem, że jakie czasy, takie obyczaje. Po podwórku już nie mogą biegać kury bez głowy. Trudno.
Być może dla obrońców karpia będzie to nieliche zaskoczenie, ale paluszki rybne i filety z mintaja nie rosną na drzewach. Karp zaś jest podstawą sektora gospodarki zajmującego się handlem żywym towarem rybnym. Ten sam karp hodowany jest od wiek wieków w stawach, amen. I każdy z tych hodowlanych karpi, w którego obronie przemawiają szlachetni obrońcy, wpuszczony do jeziora zginie śmiercią bardzo naturalną w przeciągu, skromnie licząc, dwóch, trzech tygodni. Bo przyzwyczajony do tłoku w stawie, regularnego skarmiania i braku konkurencji zwyczajnie nie zorientuje się, jak obchodzić się z naturą.
Drodzy czytelnicy, niezależnie od tego, czy jesteście zwolennikami karpia żywego, czy martwego, życzę balansu i równowagi. Waszym karpiom również życzę równowagi. Niech będą trochę karpiami wyskakującymi z rzeki w "Śmierci na Pięć", a trochę karpiami zajmującymi wannę w "Betlejem jest wszędzie" Ciechowskiego. Tych, co nie znają odsyłam do lektury. Tym, co znają, życzę wesołych świąt.
Oto bowiem w czas świąteczny protestuje się przeciwko niehumanitarnemu zabijaniu karpia. Rzesze przebranych za ryby przeciwników rybołówstwa wychodzą naprzeciw smakoszom białego mięsa o cokolwiek mułowym posmaku. Skutek tego jest mniej więcej taki, że departament rybny naszego rządu już szykuje przepis w imieniu karpia. Że kary, że areszty, że przeszkolenia specjalne na przewóz. Że nie zabijać na widoku, a smażyć tylko na oleju z pierwszego tłoczenia.
Dziadek mój zawsze przed walnięciem karpia młotkiem w łeb grzecznie go przeprasza. A szlachtuje zawsze na widoku, podobnie jak całą resztę rybnego towarzystwa. W moim roczniku dzieci nie musiały się na biologii uczyć, co to jest pęcherz pławny i łuska, bo nauczyły się tego na podwórku. Sekcja zwłok ryby była dla nas czymś normalnym, a nie przykładem nieprzeciętnego okrucieństwa. Ale rozumiem, że jakie czasy, takie obyczaje. Po podwórku już nie mogą biegać kury bez głowy. Trudno.
Być może dla obrońców karpia będzie to nieliche zaskoczenie, ale paluszki rybne i filety z mintaja nie rosną na drzewach. Karp zaś jest podstawą sektora gospodarki zajmującego się handlem żywym towarem rybnym. Ten sam karp hodowany jest od wiek wieków w stawach, amen. I każdy z tych hodowlanych karpi, w którego obronie przemawiają szlachetni obrońcy, wpuszczony do jeziora zginie śmiercią bardzo naturalną w przeciągu, skromnie licząc, dwóch, trzech tygodni. Bo przyzwyczajony do tłoku w stawie, regularnego skarmiania i braku konkurencji zwyczajnie nie zorientuje się, jak obchodzić się z naturą.
Drodzy czytelnicy, niezależnie od tego, czy jesteście zwolennikami karpia żywego, czy martwego, życzę balansu i równowagi. Waszym karpiom również życzę równowagi. Niech będą trochę karpiami wyskakującymi z rzeki w "Śmierci na Pięć", a trochę karpiami zajmującymi wannę w "Betlejem jest wszędzie" Ciechowskiego. Tych, co nie znają odsyłam do lektury. Tym, co znają, życzę wesołych świąt.
poniedziałek, 14 listopada 2011
Beret
Znalazłam beret. Znaleziskiem tym doprowadziłam do stanu euforii, dzikich fal szczęścia zalewających raz po raz mój przytulny pokój, do radości eksplodującej nad całym światem wręcz. Generatorką tych zjawisk była moja współlokatorka, właścicielka odnalezionego beretu. Ów odnalazł się przy przeprowadzaniu generalnych porządków, których dokonywałam na okoliczność wizyty chyba raczej ważnej osoby.
Historia beretu nie sprowadza się jednak do tego, że został on odnaleziony i współlokatorka moja teraz będzie mogła przemykać ulicami miasta P. odziana od stóp do głów w czerń bawełny, wełny, moheru i skórzanych oficerek. Odnalezienie beretu nie tylko kładzie kres mroźnym wieczorom i popołudniom. Nie jest ów beret li tylko ciepłym głowy nakryciem. Beret to coś więcej.
Historia odnalezienia beretu zaczyna się, rzecz jasna, w momencie jego zaginięcia. Zniknął z życia właścicielki w dniu, w którym został nabyty przyprawiając ją tym samym o spazmy rozpaczy i wyrzutów sumienia. Właścicielka, zarzucając sobie brak odpowiedzialności, rozrzutność i nierozwagę, a także brak poszanowania rzeczy materialnych gotowa była oplakatować miasto informacjami o tym, że "zaginął, leży gdzieś sponiewierany i zapomniany i że znalazca, świadek łez szczęścia, zostanie hojnie obdarowany dozgonną wdzięcznością". Po krótkim, rzeczowym rozbiorze logicznym problemu ukuto stanowisko, żeby jednak plakatów nie wieszać. Ale rozpacz i wyrzuty sumienia pozostały. No bo jak to tak? Żeby w biały dzień roboczy wziąć i zgubić beret? Trzeba być jednostką nieodpowiedzialną w stopniu najwyższym.
Że nieszczęścia chodzą parami, a pary zazwyczaj w szeregach, zgubienie beretu stało się swoistym preludium lawiny następujących po sobie zdarzeń tragicznych. Zagubiony beret był przyczyną rozpadających się związków, spóźnionych tramwajów, roboczych nadgodzin, zimna, przymrozków, ogólnego życiowego nieradzenia sobie. Był ów nieobecny beret akompaniamentem nieprzychodzących całymi dniami, a oczekiwanych smsów, kiepskich książek, marnych filmów, ginących w otchłaniach torebek rękawiczek i telefonów. Słowem, był przyczynkiem upadku niewzruszonych dotąd imperiów i spiżowych pomników.
Tak wzorem efektu motyla fala tsunami wywołana zaginionym beretem zalewała świat współlokatorki w sposób nieznający miłosierdzia. Fala porywała z tegoż świata coraz to nowe elementy aż do dnia, w którym zrządzeniem przypadku odnalazłam beret. Mimo wszelkich przeciwności losu nie zgasła tląca się na dnie naszych dusz nadzieja i oto próśb naszych wysłuchano. Beret wrócił na swoje miejsce przywracając tym samym zachwianą równowagę świata. Nieszczęścia zniknęły, czarne farsy życia odeszły w cień. Ustały konflikty, ruszyły fabryki, ludzie znów łączą się w pary i płodzą zdrowe dzieci. Na ziemi zapanował pokój. I trwać będzie aż do następnego beretu zaginięcia.
Jeśli z tej przypowiastki płynie jakiś morał, to wygłosił go już dawno Mitch Hedberg słowami "You bet your ass, I will have a beret on. That's ridiculous, but it's true. I always fight with wearing a beret". Bo przecież każdy ma jakiś beret.
Historia beretu nie sprowadza się jednak do tego, że został on odnaleziony i współlokatorka moja teraz będzie mogła przemykać ulicami miasta P. odziana od stóp do głów w czerń bawełny, wełny, moheru i skórzanych oficerek. Odnalezienie beretu nie tylko kładzie kres mroźnym wieczorom i popołudniom. Nie jest ów beret li tylko ciepłym głowy nakryciem. Beret to coś więcej.
Historia odnalezienia beretu zaczyna się, rzecz jasna, w momencie jego zaginięcia. Zniknął z życia właścicielki w dniu, w którym został nabyty przyprawiając ją tym samym o spazmy rozpaczy i wyrzutów sumienia. Właścicielka, zarzucając sobie brak odpowiedzialności, rozrzutność i nierozwagę, a także brak poszanowania rzeczy materialnych gotowa była oplakatować miasto informacjami o tym, że "zaginął, leży gdzieś sponiewierany i zapomniany i że znalazca, świadek łez szczęścia, zostanie hojnie obdarowany dozgonną wdzięcznością". Po krótkim, rzeczowym rozbiorze logicznym problemu ukuto stanowisko, żeby jednak plakatów nie wieszać. Ale rozpacz i wyrzuty sumienia pozostały. No bo jak to tak? Żeby w biały dzień roboczy wziąć i zgubić beret? Trzeba być jednostką nieodpowiedzialną w stopniu najwyższym.
Że nieszczęścia chodzą parami, a pary zazwyczaj w szeregach, zgubienie beretu stało się swoistym preludium lawiny następujących po sobie zdarzeń tragicznych. Zagubiony beret był przyczyną rozpadających się związków, spóźnionych tramwajów, roboczych nadgodzin, zimna, przymrozków, ogólnego życiowego nieradzenia sobie. Był ów nieobecny beret akompaniamentem nieprzychodzących całymi dniami, a oczekiwanych smsów, kiepskich książek, marnych filmów, ginących w otchłaniach torebek rękawiczek i telefonów. Słowem, był przyczynkiem upadku niewzruszonych dotąd imperiów i spiżowych pomników.
Tak wzorem efektu motyla fala tsunami wywołana zaginionym beretem zalewała świat współlokatorki w sposób nieznający miłosierdzia. Fala porywała z tegoż świata coraz to nowe elementy aż do dnia, w którym zrządzeniem przypadku odnalazłam beret. Mimo wszelkich przeciwności losu nie zgasła tląca się na dnie naszych dusz nadzieja i oto próśb naszych wysłuchano. Beret wrócił na swoje miejsce przywracając tym samym zachwianą równowagę świata. Nieszczęścia zniknęły, czarne farsy życia odeszły w cień. Ustały konflikty, ruszyły fabryki, ludzie znów łączą się w pary i płodzą zdrowe dzieci. Na ziemi zapanował pokój. I trwać będzie aż do następnego beretu zaginięcia.
Jeśli z tej przypowiastki płynie jakiś morał, to wygłosił go już dawno Mitch Hedberg słowami "You bet your ass, I will have a beret on. That's ridiculous, but it's true. I always fight with wearing a beret". Bo przecież każdy ma jakiś beret.
piątek, 11 listopada 2011
Oni są wszędzie
Zapytano mnie jak można głosować na PO bez obaw, że przedstawiciele władz zrobią niepodporządkowanym nalot na dom i aresztują w imię dobra jedynej słusznej partii. Trochę mi to do PO raczyło nie pasować, ale oto niespodzianka. Rozchodziło się o czynności, prawne, czy też, jak wolą uważać inni - bezprawne, dokonane przez ABW na autorze bloga antykomor.pl. Nawet jeśli interwencja agencji była strzelaniem z armaty do muchy, co się każdej władzy czasem zdarza, nie czyni to podstaw do rozsnuwania wizji autorytaryzmu nad piękną naszą Polską całą.
Już sama retoryka pytania o to "jak można na nich głosować, skoro oni gotowi przyjść znowu?" uderza w ton radiomaryjny, sieje ferment i kroi apokaliptyczną wizję kraju, w którym za każdym rogiem czai się przedstawiciel instytucji związanej z bezpieczeństwem, żeby cię lepiej widzieć, słyszeć, a na końcu zjeść. Nonsens. Zafascynowanych tematem działalności instytucji bezpieczeństwa odsyłam do archiwum polskiej kinematografii, która lubuje się (bo może i powinna) w tematyce prześladowczo-przesłuchańczej. Odradzam jednak węszenie spisku, bo w końcu to spisek wywęszy was i nie pójdziecie rano po gazetę w obawie przed zakapturzonym gościem z gumową pałką, który zechce zweryfikować poglądy kryjące się za wyborem codziennej prasy.
Co robić, żeby nie dać się wpędzić w paranoję? Ano czytać wszystko, ile wlezie, przy czym używać mózgu bardziej niż czucia i wiary.
Można oczywiście przyjąć założenie, że media kłamią, manipulują odbiorcami, są kiepskie, a ich głównym zajęciem jest przetwarzanie informacji na użytek prania naszych mózgów. Można się też szybko przekonać, że faktycznie media kłamią, z tym, że z wykorzystaniem feedbacku. Manipulują też odbiorcami, tyle że w takim stopniu, w jakim ci odbiorcy chcą rzeczywiście zmanipulowanymi być. Jakość mediów pozostawia wiele do życzenia, ale odpowiadają za nią tak autorzy, jak i odbiorcy. (Tu przypomnienie dla tych, którzy chcą się czuć wyjątkowi - niezależnie od tego, czy słuchacie Trójki, czy czytacie Wyborczą, jesteście składową masy, przykro mi). Jeśli idzie o przetwarzanie informacji, to jest ono, było i będzie głównym zadaniem mediów. Stopień tego przetworzenia to już oczywiście inna kwestia, którą uzasadnić można tak chęcią zwiększenia oglądalności (poczytności, słuchalności i ogólnie zysku), jak świadomym łamaniem zasad etycznych w celu uzyskania efektów sięgających dalej niż słupki na wykresach oglądalności. O ile na to pierwsze znów sami sobie pozwalamy, o tyle to drugie podlega ocenom moralnym i regulacjom prawnym, ale i tak pozostaje kwestią przede wszystkim ludzkiej, a dopiero potem dziennikarskiej przyzwoitości.
W tym wszystkim cieszę się, że pytanie o sens aktu głosowania na PO (choć ja sama tego aktu nie dokonałam) zostało we mnie wycelowane przez młodego człowieka myślącego, który, prędzej, czy później, zreflektuje się, że mania prześladowcza to jednostka chorobowa, a nie zbiorowy efekt, który chcą koniecznie wywołać media. (Chyba, że mówimy o Radiu Maryja albo Naszym Dzienniku, różnicy między tymi dwoma zresztą stwierdzić nie podobna).
Biada jednak tym bezrefleksyjnym jednostkom, które za konieczne uznały paść tragiczną ofiarą medialnych manipulacji i zaszywszy się w okopach własnych, przez siebie tylko generowanych lęków czekają na dzwonek do drzwi, zza których rozlegnie się "otwierać, ABW, policja, bojówka PO". Biada im i biada całemu państwu, bo kraj, którego obywatele żyją w strachu, to kraj, który stoi w miejscu. Strach zabija nie tylko duszę, ale też umysł i rozwój gospodarczy. Strach, nawet jeśli sztuczny, jest destrukcyjny.
Już sama retoryka pytania o to "jak można na nich głosować, skoro oni gotowi przyjść znowu?" uderza w ton radiomaryjny, sieje ferment i kroi apokaliptyczną wizję kraju, w którym za każdym rogiem czai się przedstawiciel instytucji związanej z bezpieczeństwem, żeby cię lepiej widzieć, słyszeć, a na końcu zjeść. Nonsens. Zafascynowanych tematem działalności instytucji bezpieczeństwa odsyłam do archiwum polskiej kinematografii, która lubuje się (bo może i powinna) w tematyce prześladowczo-przesłuchańczej. Odradzam jednak węszenie spisku, bo w końcu to spisek wywęszy was i nie pójdziecie rano po gazetę w obawie przed zakapturzonym gościem z gumową pałką, który zechce zweryfikować poglądy kryjące się za wyborem codziennej prasy.
Co robić, żeby nie dać się wpędzić w paranoję? Ano czytać wszystko, ile wlezie, przy czym używać mózgu bardziej niż czucia i wiary.
Można oczywiście przyjąć założenie, że media kłamią, manipulują odbiorcami, są kiepskie, a ich głównym zajęciem jest przetwarzanie informacji na użytek prania naszych mózgów. Można się też szybko przekonać, że faktycznie media kłamią, z tym, że z wykorzystaniem feedbacku. Manipulują też odbiorcami, tyle że w takim stopniu, w jakim ci odbiorcy chcą rzeczywiście zmanipulowanymi być. Jakość mediów pozostawia wiele do życzenia, ale odpowiadają za nią tak autorzy, jak i odbiorcy. (Tu przypomnienie dla tych, którzy chcą się czuć wyjątkowi - niezależnie od tego, czy słuchacie Trójki, czy czytacie Wyborczą, jesteście składową masy, przykro mi). Jeśli idzie o przetwarzanie informacji, to jest ono, było i będzie głównym zadaniem mediów. Stopień tego przetworzenia to już oczywiście inna kwestia, którą uzasadnić można tak chęcią zwiększenia oglądalności (poczytności, słuchalności i ogólnie zysku), jak świadomym łamaniem zasad etycznych w celu uzyskania efektów sięgających dalej niż słupki na wykresach oglądalności. O ile na to pierwsze znów sami sobie pozwalamy, o tyle to drugie podlega ocenom moralnym i regulacjom prawnym, ale i tak pozostaje kwestią przede wszystkim ludzkiej, a dopiero potem dziennikarskiej przyzwoitości.
W tym wszystkim cieszę się, że pytanie o sens aktu głosowania na PO (choć ja sama tego aktu nie dokonałam) zostało we mnie wycelowane przez młodego człowieka myślącego, który, prędzej, czy później, zreflektuje się, że mania prześladowcza to jednostka chorobowa, a nie zbiorowy efekt, który chcą koniecznie wywołać media. (Chyba, że mówimy o Radiu Maryja albo Naszym Dzienniku, różnicy między tymi dwoma zresztą stwierdzić nie podobna).
Biada jednak tym bezrefleksyjnym jednostkom, które za konieczne uznały paść tragiczną ofiarą medialnych manipulacji i zaszywszy się w okopach własnych, przez siebie tylko generowanych lęków czekają na dzwonek do drzwi, zza których rozlegnie się "otwierać, ABW, policja, bojówka PO". Biada im i biada całemu państwu, bo kraj, którego obywatele żyją w strachu, to kraj, który stoi w miejscu. Strach zabija nie tylko duszę, ale też umysł i rozwój gospodarczy. Strach, nawet jeśli sztuczny, jest destrukcyjny.
Maszerują wystraszone łyse pały, chłopcy idą na wojnę
"Naród durny sam sobie wystawia świadectwo" komentuje przy rodzinnym obiedzie najmądrzejszy znany mi mężczyzna, mój dziadek. Krótką pamięć albo wręcz amnezję mają ci, którzy szwendają się dziś po stolicy i dzierżąc w rękach polskie flagi w sposób agresywny i nieprzystojny dają wyraz swoim poglądom.
W świętowaną dziś niepodległość wpisuje się prawo do wolności zgromadzeń. Jest ono jedną ze swobód obywatelskich uprawniającą do stowarzyszania się w celu publicznego wyrażania swojego zdania na dany temat. Prawo to podlega oczywiście stosownym regulacjom, łącznie z zakazaniem zgromadzenia, którego w wypadku dzisiejszego "marszu" nikt nie zastosował, nieważne czy w dobrej wierze, czy przez niedopatrzenie. Nie znaczy to jednak, że to brak zastosowania owych regulacji doprowadził do zamieszek.
"My, Naród" szczególnie powinniśmy powoływać się na wolność zgromadzeń i wolność wypowiedzi jako podstawową wartość demokratyczną. Powinniśmy wziąć przykład nie tylko z Amerykanów uznających wolność słowa wynikającą z Pierwszej Poprawki za świętość, ale przede wszystkim z własnej historii. Droga do wolności to nie tylko dążenie do uzyskania wolności słowa. I nie trzeba sięgać do zapomnianej już przez wielu historii zakończonej w 1918 roku. Wystarczy sięgnąć do tej wciąż żywej w umysłach wielu, która zakończyła się w roku 1989. Każdy człowiek wyposażony w podstawową wiedzę będzie dziś zażenowany tym, co zobaczy w głównym wydaniu Wiadomości, czy Faktów.
Uczestnicy dzisiejszej awantury na Placu Konstytucji nie są nacjonalistami, czy też anty-nacjonalistami. Nie są ani przedstawicielami skrajnej lewicy, ani skrajnej prawicy. Jestem gotowa założyć się, że więcej niż połowa z nich na pytanie kim był Paderewski lub w którym roku Polska odzyskała niepodległość, w obronie której rzekomo dziś występują, nie zna odpowiedzi.
Polak, który w czasach wolności i niepodległości podnosi rękę na drugiego Polaka i w dodatku czyni to z biało-czerwoną flagą w ręku nie jest patriotą, jest zwykłym zbirem i chuliganem i powinien, zgodnie z prawem, za swoje czyny odpowiedzieć.
Przemoc na ulicach, archiwalne zdjęcia milicjantów pałujących studentów na ulicach Warszawy, czy żołnierzy strzelających do robotników w Poznaniu to dla wielu nadal otwarte, bolesne rany. Najwidoczniej nie dla "demonstrantów", niszczących publiczne mienie i prowokujących społeczne oburzenie. Zdjęcia z dzisiejszego "marszu" są o tyle bardziej bolesne, że jutro nikt nie będzie w stanie wskazać odpowiedzialnego za taki stan rzeczy "systemu", ani opowiedzieć historii, która do tego stanu rzeczy doprowadziła. Pieniądze na naprawę zniszczeń zostaną wydane, wstyd pozostanie. Niestety jak zwykle nie po tej stronie, po której powinien.
W świętowaną dziś niepodległość wpisuje się prawo do wolności zgromadzeń. Jest ono jedną ze swobód obywatelskich uprawniającą do stowarzyszania się w celu publicznego wyrażania swojego zdania na dany temat. Prawo to podlega oczywiście stosownym regulacjom, łącznie z zakazaniem zgromadzenia, którego w wypadku dzisiejszego "marszu" nikt nie zastosował, nieważne czy w dobrej wierze, czy przez niedopatrzenie. Nie znaczy to jednak, że to brak zastosowania owych regulacji doprowadził do zamieszek.
"My, Naród" szczególnie powinniśmy powoływać się na wolność zgromadzeń i wolność wypowiedzi jako podstawową wartość demokratyczną. Powinniśmy wziąć przykład nie tylko z Amerykanów uznających wolność słowa wynikającą z Pierwszej Poprawki za świętość, ale przede wszystkim z własnej historii. Droga do wolności to nie tylko dążenie do uzyskania wolności słowa. I nie trzeba sięgać do zapomnianej już przez wielu historii zakończonej w 1918 roku. Wystarczy sięgnąć do tej wciąż żywej w umysłach wielu, która zakończyła się w roku 1989. Każdy człowiek wyposażony w podstawową wiedzę będzie dziś zażenowany tym, co zobaczy w głównym wydaniu Wiadomości, czy Faktów.
Uczestnicy dzisiejszej awantury na Placu Konstytucji nie są nacjonalistami, czy też anty-nacjonalistami. Nie są ani przedstawicielami skrajnej lewicy, ani skrajnej prawicy. Jestem gotowa założyć się, że więcej niż połowa z nich na pytanie kim był Paderewski lub w którym roku Polska odzyskała niepodległość, w obronie której rzekomo dziś występują, nie zna odpowiedzi.
Polak, który w czasach wolności i niepodległości podnosi rękę na drugiego Polaka i w dodatku czyni to z biało-czerwoną flagą w ręku nie jest patriotą, jest zwykłym zbirem i chuliganem i powinien, zgodnie z prawem, za swoje czyny odpowiedzieć.
Przemoc na ulicach, archiwalne zdjęcia milicjantów pałujących studentów na ulicach Warszawy, czy żołnierzy strzelających do robotników w Poznaniu to dla wielu nadal otwarte, bolesne rany. Najwidoczniej nie dla "demonstrantów", niszczących publiczne mienie i prowokujących społeczne oburzenie. Zdjęcia z dzisiejszego "marszu" są o tyle bardziej bolesne, że jutro nikt nie będzie w stanie wskazać odpowiedzialnego za taki stan rzeczy "systemu", ani opowiedzieć historii, która do tego stanu rzeczy doprowadziła. Pieniądze na naprawę zniszczeń zostaną wydane, wstyd pozostanie. Niestety jak zwykle nie po tej stronie, po której powinien.
wtorek, 1 listopada 2011
Ostatnia taka w mieście
"10000 razy wolę Hitlera od Stalina" oznajmia osiemnastoletnia panna mojemu koledze. Jest przekonana o swojej wyjątkowości, twierdzi, że takich jak ona jest niewiele i że jest lepsza, niż zwykłe dziewczyny, które nic nie wiedzą o prawdziwym życiu. Sama o sobie mówi shg i nie widzi śmieszności w ukrywaniu postaw życiowych za nic niemówiącym skrótem. Skinhead girl to, oczywiście, nic nowego. Dziwadła rysujące swastyki w zeszytach i na ścianach szkolnych toalet były, są i będą.
"Nie ma się co stresować, przejdzie jej" wyraża nadzieję J. Podzielam ją, bo niezależnie od stopnia zaangażowania i fazy młodzieńczego buntu, osiemnastolatki, które nie widzą różnicy między pojęciem patriotyzmu i nazizmu budzą moją czujność.
Nie dalej jak tydzień temu odwiedzili mnie znajomi z Meksyku. "Pokaż nam Auschwitz" mówią, a ja jadę z nimi tylko dlatego, że w myśl polskiej gościnności, ich życzenie jest dla mnie rozkazem. Przed wejściem ostrzegam N., że będzie to najmniej przyjemna z możliwych do wyobrażenia wizyt, ale jak uprzedzić wrażliwą matkę trójki dzieci przed tym, co zobaczy za bramą z napisem Arbeit Macht Frei? Ponieważ to moja druga wizyta, jestem świadoma, co i w którym bloku się znajduje. Są miejsca, do których nie wchodzę, zdjęcia, na które nie patrzę, historie, których nie słucham. Ściągam słuchawki, kiedy przewodnik opowiada o ścianie, pod którą rozstrzeliwano więźniów. Nie wchodzę do nieludzko ciasnej celi, w której za karę zamykano skazańców. Odwracam wzrok od ton ludzkich włosów zgolonych z głów zagazowanych cyklonem B kobiet. Do pawilonu ze zdjęciami dzieci, na których Josef Mengele dokonywał eksperymentów w ogóle nie wchodzę. Byłam tam wcześniej, znam swoje granice. Co innego N. Sprawdza, ile może znieść i przecenia swoje możliwości. Kiedy opuszczamy mury Auschwitz przeprasza nas, odchodzi kilka metrów, ale i tak słyszymy jak płacze. Jest w stanie, w którym nikt nie może nic dla niej zrobić. Nawet mąż nie może jej dodać otuchy. Wrażliwy człowiek z takim ogromem cierpienia i okrucieństwa zostaje sam na sam i musi podjąć próbę uporania się z nim.
Wychodzę stamtąd bogata w nowe doświadczenie. Uświadamiam sobie z mocą, że od najmłodszych lat byłam do tych wizyt przygotowywana. Przez lektury, filmy, opowieści. Uświadamiam sobie, że niezależnie od upływu lat, okrucieństwo z Auschwitz jest obecne w życiu Europejczyka. Reakcja moich gości zza oceanu wyraża się w zdaniu "słyszeliśmy, że coś takiego miało miejsce, ale chyba nie wierzyliśmy, że to możliwe..." Ich niedowierzanie budzi moją zazdrość. Czasem też bym chciała słyszeć, ale nie wierzyć. Chciałabym na argumenty osiemnastoletniej panny posługującej się kryptonimem Ostatniej w Mieście SHG zareagować kpiącym uśmieszkiem i udawaną ciekawością, zamiast prawdziwym, głęboko zakorzenionym niepokojem.
"Nie ma się co stresować, przejdzie jej" wyraża nadzieję J. Podzielam ją, bo niezależnie od stopnia zaangażowania i fazy młodzieńczego buntu, osiemnastolatki, które nie widzą różnicy między pojęciem patriotyzmu i nazizmu budzą moją czujność.
Nie dalej jak tydzień temu odwiedzili mnie znajomi z Meksyku. "Pokaż nam Auschwitz" mówią, a ja jadę z nimi tylko dlatego, że w myśl polskiej gościnności, ich życzenie jest dla mnie rozkazem. Przed wejściem ostrzegam N., że będzie to najmniej przyjemna z możliwych do wyobrażenia wizyt, ale jak uprzedzić wrażliwą matkę trójki dzieci przed tym, co zobaczy za bramą z napisem Arbeit Macht Frei? Ponieważ to moja druga wizyta, jestem świadoma, co i w którym bloku się znajduje. Są miejsca, do których nie wchodzę, zdjęcia, na które nie patrzę, historie, których nie słucham. Ściągam słuchawki, kiedy przewodnik opowiada o ścianie, pod którą rozstrzeliwano więźniów. Nie wchodzę do nieludzko ciasnej celi, w której za karę zamykano skazańców. Odwracam wzrok od ton ludzkich włosów zgolonych z głów zagazowanych cyklonem B kobiet. Do pawilonu ze zdjęciami dzieci, na których Josef Mengele dokonywał eksperymentów w ogóle nie wchodzę. Byłam tam wcześniej, znam swoje granice. Co innego N. Sprawdza, ile może znieść i przecenia swoje możliwości. Kiedy opuszczamy mury Auschwitz przeprasza nas, odchodzi kilka metrów, ale i tak słyszymy jak płacze. Jest w stanie, w którym nikt nie może nic dla niej zrobić. Nawet mąż nie może jej dodać otuchy. Wrażliwy człowiek z takim ogromem cierpienia i okrucieństwa zostaje sam na sam i musi podjąć próbę uporania się z nim.
Wychodzę stamtąd bogata w nowe doświadczenie. Uświadamiam sobie z mocą, że od najmłodszych lat byłam do tych wizyt przygotowywana. Przez lektury, filmy, opowieści. Uświadamiam sobie, że niezależnie od upływu lat, okrucieństwo z Auschwitz jest obecne w życiu Europejczyka. Reakcja moich gości zza oceanu wyraża się w zdaniu "słyszeliśmy, że coś takiego miało miejsce, ale chyba nie wierzyliśmy, że to możliwe..." Ich niedowierzanie budzi moją zazdrość. Czasem też bym chciała słyszeć, ale nie wierzyć. Chciałabym na argumenty osiemnastoletniej panny posługującej się kryptonimem Ostatniej w Mieście SHG zareagować kpiącym uśmieszkiem i udawaną ciekawością, zamiast prawdziwym, głęboko zakorzenionym niepokojem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)