Zastanawiałam się właśnie, czy zacząć od tego, że widziałam w sklepie podpaski z Hello Kitty, czy od tego, że dzieci w podstawówce żyją w przekonaniu, że jajka w koszyku wielkanocnym symbolizują zająca, kiedy przyszedł sms. "Napiszesz dla mnie notkę? Coś w stylu 'A radość w myciu okien i nagrobków kryje się'?" Napiszę - stwierdzam i w jednej chwili tłoczą mi się w głowie przedświąteczne anegdoty ostatniego tygodnia.
Jak R. sięgnął w sklepie po kartkę z życzeniami i wyciągnął z choinką. Jak pani w spożywczym pakowała panu przede mną najtańszą wódkę w foliową siatkę z nadrukiem "Alleluja". Jak ksiądz na niedzielnej mszy tak czytał, że mnie po raz pierwszy od niepamiętnego czasu coś w kościele rzuciło na deski. Że babcia nosem kręci na mój wolontariat, chociaż sama nauczyła, że najpierw innym, a potem sobie dopiero. Że K. odebrał telefon, a w słuchawce "Kierownik, co to za wypłata?", bo przecież za coś trzeba te święta zrobić i to wcale nie jest śmieszne. Że J., dla której choćby nie wiem co i tak zawsze będę Polką, co to jej do rodzenia po ludzku jeszcze daleko, ale do matkowania blisko i która to J. chętnie by święta ominęła, ale i tak w zaparte robi pasztet.
I wreszcie, że jak dzisiaj wsiadałam do samochodu, to jedna pani drugiej pani przez ulicę krzyczała, że "kiedyś to się na święta, kochana, czekało, nie to co teraz, że święta, święta i po świętach, ale se przynajmniej okna umyłam".
Niby każdy katolik zobligowany jest w okresie wielkanocnym do przeprowadzenia renowacji swojej duszy. Ale niektórzy nie mają jaj, żeby to zrobić albo im się zwyczajnie nie chce, bo nie widzą sensu już/jeszcze. Ja na przykład zaliczam się do tych pierwszych. Nie bez powodu zresztą. Naprawdę nie mam jaj, żeby po raz kolejny wygarniać z siebie wszystko. I po raz kolejny słuchać, że to, co czuję nie ma znaczenia, że najważniejsza niedziela i seks przedmałżeński. Po raz kolejny się przekonać, że nikogo nie obchodzi, że się czuje to najgorsze, najmniej ludzkie? Po co?
Najbardziej ludzkie za to może to jedzenie i sprzątanie. Najbardziej ludzki ten obrazek z myciem okien dla Jezusa. Ja ze swoim wypaczeniem (bo przecież każdy ma jakieś wypaczenie) od razu w wielkanocnej cykliczności się domyślam odwiecznego rytuału i tłumaczę sobie, usprawiedliwiam, że to mycie okien to gospodarczy atawizm po niegdysiejszym odświętnym praniu, a gotowaniu, cerowaniu i krochmaleniu. O, jak pomaga!
Faktycznie, nie takie te święta jak kiedyś, kiełbasa niewyczekana i niewystana, a już powszednia, swojska. Chrzan w słoiku na półce codzienny przecież i pomarańcze. Że jajka podrożały, nic to. Jajka przecież zawsze są w sklepie i jak nie dziś, to jutro zjeść można. A jednak jest w tej świątecznej cykliczności sens jakiś. Nie mnie osądzać, czy to sacrum, czy profanum. Nikomu zresztą nic tu do osądzania. Ważne, że rytuał zachowany. Bo bez tego by cywilizowany człowiek rady nie dał, mówcie sobie, co chcecie.
Wiesz, jest w filmie "Love Actually" taka scena. Emma Thompson, będąca tam akurat moją ulubioną kwintesencją dojrzałej kobiecości, kiwana jest na boki przez swojego filmowego męża, który zresztą nie ma dość ikry, by ją wykiwać do końca i porządnie. No więc ta Emma Thompson siedzi na dywanie i wybiera gwiazdkowe prezenty dla przyjaciół swoich dzieci. Wśród dylematów związanych z doborem odpowiedniej lalki dla odpowiedniego dziecka padają takie zdania: "The trouble with being the Prime Minister's sister is, it does put your life into rather harsh perspective. What did my brother do today? He stood up and fought for his country. And what did I do? I made a papier maché lobster head". Może czasem o to chodzi?
Wstaję rano, wypijam kawę, witam się ze sobą w lustrze i już jestem w drodze. Zatrudniona na pełnym etacie na stanowisku obserwatora. Z zamiłowania kolekcjonerka skrawków ludzkich historii.
czwartek, 5 kwietnia 2012
poniedziałek, 26 marca 2012
Wielkie Rżnięcie
Mogłam dziś rano otworzyć okno i sparafrazować słynny cytat z "Dnia Świra" o tym, czy panowie muszą tak od bladego świtu. Ale po co, skoro panowie muszą i to, co muszą, robią nie do końca świadomie? Tak już ten świat urządzony. Oni swoje, ja swoje, "grunt, że, kurwa, inteligent załatwiony na dzień cały".
Przed moim blokiem stało drzewo. Topola nie jest co prawda szczególnie cenionym gatunkiem rodzimej flory. Właściwie w ogóle gatunkiem rodzimej flory nie jest, bo że zawleczone to takie, to i po macoszemu traktowane było, jest i będzie. No ale drzewo jest drzewo, tak?
Brutalnie zredukowana topola spod mojego bloku jest pierwszą ofiarą Dorocznego Rytuału Wielkiego Rżnięcia, który odbędzie się na oczach nas wszystkich. Oto panowie fachowcy uzbrojeni w profesjonalny sprzęt (szwedzkiego pochodzenia i o eleganckiej nazwie), jak co roku wzbiją się na wyżyny trzeciego piętra i zaczną ciąć. Ilekroć widzę efekty takiego cięcia, zastanawiam się, czy panowie za nie odpowiedzialni w ogóle rozumieją różnicę między drzewem, a brakiem drzewa. Czy sprostaliby elementarnemu zadaniu znalezienia brakujących szczegółów na obrazku z, powiedzmy, sosną i bez sosny?
Proszę, jadąc polską drogą, zechcieć zaobserwować, co się dzieje w przydrożnym pasie zieleni. Nie ma lipy. Są odarte z godności kikuty. Wraki ziejące pustką po bezmyślnie odrąbanych konarach. Nie trzeba być magistrem ochrony środowiska ani specjalistą od aranżacji terenów zielonych, żeby dostrzec, że, poza wszystkim, taki brak drzewa wygląda brzydko i nikomu nie służy. Nie zmuszam nikogo do popadania w zadumę nad losem owadów pomieszkujących w konarach przydrożnych dębów, bo każdy ma prawo mieć los owadów w poważaniu. Nie nalegam, żeby nagle cała ludzkość postulowała oszczędzanie lip - bo nietoperze, sosen - bo motyle nocne, jaworów - bo Filon. Wszystko to, zgodnie z piramidą potrzeb Maslova, można mieć w pogardzie. Nie można jednak dać sobie wmówić, że doroczne rżnięcie odbywa się, bo inaczej się nie da. Otóż da się, tylko trzeba pomyśleć. Trzeba sobie wyobrazić jak, do cholery, powinno wyglądać drzewo. A potem to drzewo zrobić z finezją Edwarda Nożycorękiego, a nie Freddiego Kruegera.
Swego czasu Niemcy wydrukowali książeczkę, której zawartość dostarczała wiedzy na temat tego, jak obciąć drzewo, żeby nikogo nie straszyło. Książeczką tą zasilili polskie urzędy, bo najwidoczniej nie mogli patrzeć na to, co się u nas wyrabia. Chcemy wtłaczać dwutlenek węgla pod Bełchatów, introdukować bizony, niedźwiedzie polarne ocalić od zapomnienia. Jak to jest, że dajemy sobie mydlić oczy Godziną Dla Ziemi i Sprzątaniem Świata, a belka urżnięta z przydrożnej brzozy nas nie razi?
Przed moim blokiem stało drzewo. Topola nie jest co prawda szczególnie cenionym gatunkiem rodzimej flory. Właściwie w ogóle gatunkiem rodzimej flory nie jest, bo że zawleczone to takie, to i po macoszemu traktowane było, jest i będzie. No ale drzewo jest drzewo, tak?
Brutalnie zredukowana topola spod mojego bloku jest pierwszą ofiarą Dorocznego Rytuału Wielkiego Rżnięcia, który odbędzie się na oczach nas wszystkich. Oto panowie fachowcy uzbrojeni w profesjonalny sprzęt (szwedzkiego pochodzenia i o eleganckiej nazwie), jak co roku wzbiją się na wyżyny trzeciego piętra i zaczną ciąć. Ilekroć widzę efekty takiego cięcia, zastanawiam się, czy panowie za nie odpowiedzialni w ogóle rozumieją różnicę między drzewem, a brakiem drzewa. Czy sprostaliby elementarnemu zadaniu znalezienia brakujących szczegółów na obrazku z, powiedzmy, sosną i bez sosny?
Proszę, jadąc polską drogą, zechcieć zaobserwować, co się dzieje w przydrożnym pasie zieleni. Nie ma lipy. Są odarte z godności kikuty. Wraki ziejące pustką po bezmyślnie odrąbanych konarach. Nie trzeba być magistrem ochrony środowiska ani specjalistą od aranżacji terenów zielonych, żeby dostrzec, że, poza wszystkim, taki brak drzewa wygląda brzydko i nikomu nie służy. Nie zmuszam nikogo do popadania w zadumę nad losem owadów pomieszkujących w konarach przydrożnych dębów, bo każdy ma prawo mieć los owadów w poważaniu. Nie nalegam, żeby nagle cała ludzkość postulowała oszczędzanie lip - bo nietoperze, sosen - bo motyle nocne, jaworów - bo Filon. Wszystko to, zgodnie z piramidą potrzeb Maslova, można mieć w pogardzie. Nie można jednak dać sobie wmówić, że doroczne rżnięcie odbywa się, bo inaczej się nie da. Otóż da się, tylko trzeba pomyśleć. Trzeba sobie wyobrazić jak, do cholery, powinno wyglądać drzewo. A potem to drzewo zrobić z finezją Edwarda Nożycorękiego, a nie Freddiego Kruegera.
Swego czasu Niemcy wydrukowali książeczkę, której zawartość dostarczała wiedzy na temat tego, jak obciąć drzewo, żeby nikogo nie straszyło. Książeczką tą zasilili polskie urzędy, bo najwidoczniej nie mogli patrzeć na to, co się u nas wyrabia. Chcemy wtłaczać dwutlenek węgla pod Bełchatów, introdukować bizony, niedźwiedzie polarne ocalić od zapomnienia. Jak to jest, że dajemy sobie mydlić oczy Godziną Dla Ziemi i Sprzątaniem Świata, a belka urżnięta z przydrożnej brzozy nas nie razi?
poniedziałek, 12 marca 2012
Passive Aggressive
Moja babcia, która tu nie zagląda, bo twierdzi, że jest to miejsce mojego odzierania się z resztek prywatności, zostanie zacytowana po raz kolejny, ponieważ zmuszona jestem znów nawiązać do jej listy rzeczy najgorszych na świecie. Obok chudej świni i pijanej kobiety oraz dodanej przeze mnie onegdaj pijanej świni męskiej należy wymienić jeszcze panie z Manify. Panie z Manify robią bardzo brzydką robotę nie tylko feministkom, ale kobietom w ogóle. Zarzucił mi ktoś swego czasu uprawianie na blogu umiarkowanego feminizmu. Nie wiem, w którym momencie się ów feminizm ujawnił, ale jeśli się ujawnił, to ja się absolutnie od tej etykiety odżegnuję, a moje odżegnywanie ma mieć skuteczność egzorcyzmów Johna Constantine’a co najmniej.
No co to za baby głupie, pytam się, które raz w roku wychodząc na ulicę, zamiast naprawdę zająć się istotną kwestią społeczną, drą swoje, wybotoksowane albo i nie, mordeczki, że im się kościół w macicę wtrąca? Abstrahując od feminizmu, gdzie tam w ogóle logika i logistyka? Równe płace, wiek emerytalny, urlopy macierzyńskie na świeczniku, a te o aborcji i antykoncepcji w kółko.
Szalenie rozbawiło mnie umieszczenie Euro 2012 na gorącej liście pilnych spraw do załatwienia. Za pieniądze na Euro rozbudujmy socjal – powiadają panie z Manify. Gdzie? Jak? Którędy? – pytam. Że ktoś teraz przyjdzie i wspaniałomyślnie miliardy zamiast na budowę stadionu, wręczy paniom z komitetu? Że pozwija asfalt i zamiast tego wybuduje żłobki dla dzieci matek pracujących? Jaki socjal za jakie Euro? Ja bym chciała, żeby mi to zostało jasno wytłumaczone, bo nie dociera do mnie siła argumentu.
Jestem w stanie przeżyć, że panie z Manify nie pałają optymizmem na wieść o Stadionie Narodowym. Może mają mężów, którzy akurat nie dają się porwać footballowej manii. Może w ogóle nie mają mężów. Może sfiksowały, bo dawno chłopa nie miały, o. Niech im będzie. Zastanawia mnie tylko jak można zmarnować doroczną szansę, którą stwarza tak medialne wydarzenia jakim jest Manifa, na bajdurzenie o rozdziale praw kobiet od zasad kościoła. Indyczenie, krakanie i gdakanie o tym, że kościół ogranicza moje prawa jako kobiety jest pozbawione sensu w stopniu najwyższym. Nie podoba ci się, babo z Manify, że kościół nie pozwala przerywać ciąży, to się weź łaskawie z niego wypisz. Nie pasuje ci, że kościół rekomenduje kolejność „ślub-seks” a nie odwrotnie? Nie ma sprawy, droga wolna. Próżne darcie gardła o odcinaniu pępowiny, nawet przez megafon, bo efekt takiego postulatu będzie żaden.
Przynależność do każdej formacji jest uwarunkowana przestrzeganiem pewnego regulaminu. Kościół, katolicki i każdy inny, nie jest od tej reguły wyjątkiem. Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. Czy panie z Manify byłyby szczęśliwe, gdyby ktoś zechciał przyłączyć się do ich fantasmagorycznego, utopijnego ruchu pod warunkiem, że ruch ów spełni wymagania potencjalnego kandydata? „Z chęcią się do pań przyłączę, ale tylko wtedy, kiedy wszystkie będą nosić zielone kalosze. Albo staniki tyłem na przód. Z chęcią się do pań przyłączę jak tylko będą panie łaskawe zmienić stanowisko w sprawie seksu przedmałżeńskiego”.
"Ja wiem, nadszedł teraz ciężki czas, siła propagandy, która krąży wokół nas". Pani Mucha chce być ministrą, dzieci rodzić nie ma komu i nikt się na traktory nie wyrywa. Ale jeśli panie z Manify nie przestaną się posługiwać tak absurdalną argumentacją, to ja jestem za tym, żeby znalazł się ktoś, kto na powrót zarządzi tych pań pasywność. Społeczną.
No co to za baby głupie, pytam się, które raz w roku wychodząc na ulicę, zamiast naprawdę zająć się istotną kwestią społeczną, drą swoje, wybotoksowane albo i nie, mordeczki, że im się kościół w macicę wtrąca? Abstrahując od feminizmu, gdzie tam w ogóle logika i logistyka? Równe płace, wiek emerytalny, urlopy macierzyńskie na świeczniku, a te o aborcji i antykoncepcji w kółko.
Szalenie rozbawiło mnie umieszczenie Euro 2012 na gorącej liście pilnych spraw do załatwienia. Za pieniądze na Euro rozbudujmy socjal – powiadają panie z Manify. Gdzie? Jak? Którędy? – pytam. Że ktoś teraz przyjdzie i wspaniałomyślnie miliardy zamiast na budowę stadionu, wręczy paniom z komitetu? Że pozwija asfalt i zamiast tego wybuduje żłobki dla dzieci matek pracujących? Jaki socjal za jakie Euro? Ja bym chciała, żeby mi to zostało jasno wytłumaczone, bo nie dociera do mnie siła argumentu.
Jestem w stanie przeżyć, że panie z Manify nie pałają optymizmem na wieść o Stadionie Narodowym. Może mają mężów, którzy akurat nie dają się porwać footballowej manii. Może w ogóle nie mają mężów. Może sfiksowały, bo dawno chłopa nie miały, o. Niech im będzie. Zastanawia mnie tylko jak można zmarnować doroczną szansę, którą stwarza tak medialne wydarzenia jakim jest Manifa, na bajdurzenie o rozdziale praw kobiet od zasad kościoła. Indyczenie, krakanie i gdakanie o tym, że kościół ogranicza moje prawa jako kobiety jest pozbawione sensu w stopniu najwyższym. Nie podoba ci się, babo z Manify, że kościół nie pozwala przerywać ciąży, to się weź łaskawie z niego wypisz. Nie pasuje ci, że kościół rekomenduje kolejność „ślub-seks” a nie odwrotnie? Nie ma sprawy, droga wolna. Próżne darcie gardła o odcinaniu pępowiny, nawet przez megafon, bo efekt takiego postulatu będzie żaden.
Przynależność do każdej formacji jest uwarunkowana przestrzeganiem pewnego regulaminu. Kościół, katolicki i każdy inny, nie jest od tej reguły wyjątkiem. Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. Czy panie z Manify byłyby szczęśliwe, gdyby ktoś zechciał przyłączyć się do ich fantasmagorycznego, utopijnego ruchu pod warunkiem, że ruch ów spełni wymagania potencjalnego kandydata? „Z chęcią się do pań przyłączę, ale tylko wtedy, kiedy wszystkie będą nosić zielone kalosze. Albo staniki tyłem na przód. Z chęcią się do pań przyłączę jak tylko będą panie łaskawe zmienić stanowisko w sprawie seksu przedmałżeńskiego”.
"Ja wiem, nadszedł teraz ciężki czas, siła propagandy, która krąży wokół nas". Pani Mucha chce być ministrą, dzieci rodzić nie ma komu i nikt się na traktory nie wyrywa. Ale jeśli panie z Manify nie przestaną się posługiwać tak absurdalną argumentacją, to ja jestem za tym, żeby znalazł się ktoś, kto na powrót zarządzi tych pań pasywność. Społeczną.
czwartek, 8 marca 2012
Joseph Kony dla frajerów
My-obywatele globalnej wioski uzurpujemy sobie prawo do wyrokowania w każdej sprawie tylko dlatego, że mamy dostęp do portali społecznościowych i iPodów. Nie zastanawiamy się ani chwilę nad tym, co mówimy i o kim. Żremy obrazki z telewizji niby zestaw nabyty w McDrive, następnie wyrażamy żal z powodu tego, co zobaczyliśmy, na wzór wyrzutów sumienia z powodu spożytych kalorii. I co? I nic. Idziemy dalej. Byle do następnego McDrive'a. Tak funkcjonuje współczesne społeczeństwo.
Doskonałym tego dowodem jest umieszczony przed chwilą w sieci film Kony 2012. Już sama jego nazwa przywodzi na myśl nazwę aparatu fotograficznego, produktu, który można sprzedać, wcisnąć w promocji. Nie cieszy mnie, że sprawa Ugandy obiega cały świat za pomocą You Tube. Nie w ten sposób. Kto z odtwarzających ten bazujący na powierzchownych emocjach film w wysokiej jakości i dobrej rozdzielczości sięgnie do podręcznika współczesnej historii albo chociaż do archiwum Gazety Wyborczej? Kto spróbuje dowiedzieć się czegoś więcej? Czy zrobi to choćby co setny odtwarzający? Zainteresowanie tematem następuje dopiero po umieszczeniu filmu w sieci, podczas gdy archiwum rodzimej prasy obfituje w rzetelniejsze informacje na ten temat.
Nie wstydzimy się jako ludzkość swojej powierzchownej wiedzy i to jest nasze przekleństwo. Nie AIDS, nie bomba atomowa, nie dwutlenek węgla, ale głęboka niewiedza i brak zainteresowania jakimkolwiek bieżącym tematem w dobie pozornego triumfu informacji są naszymi najsłabszymi punktami.
I, tak, wtrącę akcent polski, bo jestem szczególnie poirytowana i urażona wszechogarniającą, szczególnie polską, ignorancją. My, rodacy Kapuścińskiego (niech mu ziemia lekką będzie i niech się cieszy, że nie musi oglądać arcydziełka o Konym) jesteśmy tak samo beznadziejni w wyznawaniu kultu autora Cesarza, jak w wyznawaniu kultu Jana Pawła II. W poważaniu mamy żywe, narodowe dziedzictwo w postaci rzetelnej i fachowej literatury faktu. Zamiast tego wolimy się podniecać filmem o przeciętnej wartości i błądzić we mgle wyrwanych z kontekstu informacji o człowieku, którego historia jest bardziej dramatyczna, niż próbują to pokazać twórcy filmu i niż się oglądającym ów film wydaje. Ignorujemy to, że polscy dziennikarze poświęcili całe lata na opisywanie problemów Afryki, w tym również Ugandy. Zwyczajnie nie chce nam się sięgnąć po gazetę. Albo po "Nocnych wędrowców" Jagielskiego, który dokłada wszelkich starań, by historię wojny domowej w Ugandzie przedstawić w barwach ludzkich dramatów, a nie obrazków z YT. Niech się dwa razy zastanowi ten, kto po obejrzeniu Kony 2012 wydał wyrok na przywódcę Bożej Armii. Niech odpowie na pytanie, dlaczego ten wyrok wydał. Niech sam przed sobą przyzna, ile wie o złożonej z wielu wątków tragedii, rozgrywającej się w państwie, którego jeszcze wczoraj bez pomocy Wikipedii nie potrafił wskazać na mapie.
Nie łudzę się, że powyższy tekst coś zmieni. Nie uważam się też za fachowca w dziedzinie współczesnej historii Afryki. Prywatnie i zawodowo daję upust swojemu niezadowoleniu wywołanemu społeczną hipokryzją i ludzką głupotą.
Doskonałym tego dowodem jest umieszczony przed chwilą w sieci film Kony 2012. Już sama jego nazwa przywodzi na myśl nazwę aparatu fotograficznego, produktu, który można sprzedać, wcisnąć w promocji. Nie cieszy mnie, że sprawa Ugandy obiega cały świat za pomocą You Tube. Nie w ten sposób. Kto z odtwarzających ten bazujący na powierzchownych emocjach film w wysokiej jakości i dobrej rozdzielczości sięgnie do podręcznika współczesnej historii albo chociaż do archiwum Gazety Wyborczej? Kto spróbuje dowiedzieć się czegoś więcej? Czy zrobi to choćby co setny odtwarzający? Zainteresowanie tematem następuje dopiero po umieszczeniu filmu w sieci, podczas gdy archiwum rodzimej prasy obfituje w rzetelniejsze informacje na ten temat.
Nie wstydzimy się jako ludzkość swojej powierzchownej wiedzy i to jest nasze przekleństwo. Nie AIDS, nie bomba atomowa, nie dwutlenek węgla, ale głęboka niewiedza i brak zainteresowania jakimkolwiek bieżącym tematem w dobie pozornego triumfu informacji są naszymi najsłabszymi punktami.
I, tak, wtrącę akcent polski, bo jestem szczególnie poirytowana i urażona wszechogarniającą, szczególnie polską, ignorancją. My, rodacy Kapuścińskiego (niech mu ziemia lekką będzie i niech się cieszy, że nie musi oglądać arcydziełka o Konym) jesteśmy tak samo beznadziejni w wyznawaniu kultu autora Cesarza, jak w wyznawaniu kultu Jana Pawła II. W poważaniu mamy żywe, narodowe dziedzictwo w postaci rzetelnej i fachowej literatury faktu. Zamiast tego wolimy się podniecać filmem o przeciętnej wartości i błądzić we mgle wyrwanych z kontekstu informacji o człowieku, którego historia jest bardziej dramatyczna, niż próbują to pokazać twórcy filmu i niż się oglądającym ów film wydaje. Ignorujemy to, że polscy dziennikarze poświęcili całe lata na opisywanie problemów Afryki, w tym również Ugandy. Zwyczajnie nie chce nam się sięgnąć po gazetę. Albo po "Nocnych wędrowców" Jagielskiego, który dokłada wszelkich starań, by historię wojny domowej w Ugandzie przedstawić w barwach ludzkich dramatów, a nie obrazków z YT. Niech się dwa razy zastanowi ten, kto po obejrzeniu Kony 2012 wydał wyrok na przywódcę Bożej Armii. Niech odpowie na pytanie, dlaczego ten wyrok wydał. Niech sam przed sobą przyzna, ile wie o złożonej z wielu wątków tragedii, rozgrywającej się w państwie, którego jeszcze wczoraj bez pomocy Wikipedii nie potrafił wskazać na mapie.
Nie łudzę się, że powyższy tekst coś zmieni. Nie uważam się też za fachowca w dziedzinie współczesnej historii Afryki. Prywatnie i zawodowo daję upust swojemu niezadowoleniu wywołanemu społeczną hipokryzją i ludzką głupotą.
środa, 1 lutego 2012
"Może być bez tytułu" - słowo o Szymborskiej
Noblistów z reguły czytać się nie da. Mało jest takich, po których ludzkość sięga odruchowo, masowo, z przyzwyczajenia. Może Llosa, może Steinbeck, może Hemingway. Czy z Szymborską jest inaczej? Nie wiem. Wiem za to, że jest jedną z niewielu kobiet dzierżących pióro, po twórczość których sięgam od zawsze z niekłamaną przyjemnością. Przyziemnością.
Z poetami jest trochę jak ze starożytnymi filozofami. Nie chcą do końca odejść, bo żyją w swych dziełach. Nie porwę się na epitafium dla Szymborskiej. Nie mam odwagi. "Bez względu na długość życia życiorys powinien być krótki", ale przecież cokolwiek by nie napisać, w jej przypadku będzie za krótkie. Zamiast przeczesywać biografie sięgam po wybór jej wierszy. Wydany zaraz po tragedii sztokholmskiej. Między stronami jeszcze wstążka z nadrukiem "Nobel '96". Otwieram na pierwszej stronie, "Atlantyda". Czytam pierwsze wersy kiedy za moimi plecami w telewizji Katarzyna Kolenda-Zaleska opowiada, że Szymborska nie lubiła, kiedy śpiewało się jej wiersze. Tymczasem ta Atlantyda brzmi tak znajomo... Turnau! To on śpiewał, że "Istnieli albo nie istnieli./Na wyspie albo nie na wyspie./Ocean albo nie ocean/połknął ich albo nie". To tego słuchałam godzinami z J., przygotowując się do matury.
To jedno wspomnienie rozwiązuje cały worek. Przypomina mi się, jak całkiem niedawno odwracałam wzrok, żeby N. nie widziała mojego wzruszenia na dźwięk cytowanych przez nią pierwszych wersów "Nic dwa razy". Wykułyśmy to jeszcze w podstawówce, razem, na pamięć. Dopiero wiele lat później dotarło do nas, że to nie wierszyk do odklepania na konkursie recytatorskim tylko gwarancja naszego wspólnego trwania na złe godziny, co z niepotrzebnym mieszają się lękiem.
Uświadamiam sobie, że Szymborska gości w mojej kuchni, że myślę o niej (i o Günterze Grassie) zawsze przy obieraniu cebuli, która "...nie ma wnętrzności./Jest sobą na wskroś cebula/do stopnia cebuliczności". Nie doczytuję do końca. Przewracam kartkę i jest. Prosty jak świat, który znałam, kiedy uczyłam się składać litery w słowa, ulubiony wiersz mojej mamy, w którym "Szarańcza, aligator, trychnina i giez/żyją jak żyją i rade są z tego".
O Szymborskiej myślę na każdym pogrzebie. Bo to ona głośno powiedziała, że cmentarne rozmowy bywają o niczym, o tym, że "ksiądz istny Belmondo" i że "czwórką albo dwunastką".
Z poetami jest trochę jak ze starożytnymi filozofami.
"Dla takich, którzy myślą, święte nic nie jest.
Zuchwałe nazywanie rzeczy po imieniu,
rozwiązłe analizy, wszeteczne syntezy,
pogoń za nagim faktem dzika i hulaszcza,
lubieżne obmacywanie drażliwych tematów,
tarło poglądów - w to im właśnie graj".
Skoro "nie ma rozpusty gorszej niż myślenie", to Szymborska odeszła jako największa rozpustnica naszych czasów.
Z poetami jest trochę jak ze starożytnymi filozofami. Nie chcą do końca odejść, bo żyją w swych dziełach. Nie porwę się na epitafium dla Szymborskiej. Nie mam odwagi. "Bez względu na długość życia życiorys powinien być krótki", ale przecież cokolwiek by nie napisać, w jej przypadku będzie za krótkie. Zamiast przeczesywać biografie sięgam po wybór jej wierszy. Wydany zaraz po tragedii sztokholmskiej. Między stronami jeszcze wstążka z nadrukiem "Nobel '96". Otwieram na pierwszej stronie, "Atlantyda". Czytam pierwsze wersy kiedy za moimi plecami w telewizji Katarzyna Kolenda-Zaleska opowiada, że Szymborska nie lubiła, kiedy śpiewało się jej wiersze. Tymczasem ta Atlantyda brzmi tak znajomo... Turnau! To on śpiewał, że "Istnieli albo nie istnieli./Na wyspie albo nie na wyspie./Ocean albo nie ocean/połknął ich albo nie". To tego słuchałam godzinami z J., przygotowując się do matury.
To jedno wspomnienie rozwiązuje cały worek. Przypomina mi się, jak całkiem niedawno odwracałam wzrok, żeby N. nie widziała mojego wzruszenia na dźwięk cytowanych przez nią pierwszych wersów "Nic dwa razy". Wykułyśmy to jeszcze w podstawówce, razem, na pamięć. Dopiero wiele lat później dotarło do nas, że to nie wierszyk do odklepania na konkursie recytatorskim tylko gwarancja naszego wspólnego trwania na złe godziny, co z niepotrzebnym mieszają się lękiem.
Uświadamiam sobie, że Szymborska gości w mojej kuchni, że myślę o niej (i o Günterze Grassie) zawsze przy obieraniu cebuli, która "...nie ma wnętrzności./Jest sobą na wskroś cebula/do stopnia cebuliczności". Nie doczytuję do końca. Przewracam kartkę i jest. Prosty jak świat, który znałam, kiedy uczyłam się składać litery w słowa, ulubiony wiersz mojej mamy, w którym "Szarańcza, aligator, trychnina i giez/żyją jak żyją i rade są z tego".
O Szymborskiej myślę na każdym pogrzebie. Bo to ona głośno powiedziała, że cmentarne rozmowy bywają o niczym, o tym, że "ksiądz istny Belmondo" i że "czwórką albo dwunastką".
Z poetami jest trochę jak ze starożytnymi filozofami.
"Dla takich, którzy myślą, święte nic nie jest.
Zuchwałe nazywanie rzeczy po imieniu,
rozwiązłe analizy, wszeteczne syntezy,
pogoń za nagim faktem dzika i hulaszcza,
lubieżne obmacywanie drażliwych tematów,
tarło poglądów - w to im właśnie graj".
Skoro "nie ma rozpusty gorszej niż myślenie", to Szymborska odeszła jako największa rozpustnica naszych czasów.
wtorek, 24 stycznia 2012
Ab ovo ad ACTA
Internet, poza nadrzędną funkcją komunikowania, służy do trzech rzeczy. Oglądania pornografii, zarabiania pieniędzy i konsumowania kulturowej - przeważnie ciężkostrawnej i mało odżywczej - pulpy. Istnieją, owszem, wirtualne muzea, parki i galerie, ale nie łudzę się, że 100% internautów urządza sobie popołudniowe spacerki po Luwrze. Homo internautus większość czasu spędza na portalach społecznościowych oraz stronach z filmami i serialami, których legalność jest - eufemistycznie mówiąc - kwestią sporną. Niektórzy oddają się przyjemności "grania w gierki" w sieci na średnio trzy godziny dziennie i choć do japońskiej wersji nolife'ów im jeszcze daleko, to groźba, że w ogóle przestaną wychodzić z domu już dawno realnie zawisła w wirtualnym powietrzu.
Internauci entuzjastycznie partycypują w wątpliwej jakości dyskusji o ACTA tylko dlatego, że obejrzeli frajerski filmik utrzymany w big-brotherskim tonie kolejnego ograniczania swobód obywatelskich. Na społeczeństwo padł blady strach, nie dlatego, że obawia się cenzury, ale dlatego, że zaistniało ryzyko zamknięcia portalu, którego nazwa przywodzi mi na myśli niesmaczną mieszankę szejka z kwękaniem i na którym propaguje się równie niesmaczny dowcip. Nie daj Bóg trzeba będzie na powrót zacząć ze sobą rozmawiać po polsku, a nie hasłami spod obrazków, których poziom nie przewyższa wcale poziomu malowideł z jaskiń w Górach Kantabryjskich. Naprawdę, wielka to strata dla ludzkości.
Większość dyskutujących nawet nie wysiliła się, żeby przeczytać, co na ten temat mają do powiedzenia gazety, nie wysłuchała radiowców. Za to na podstawie sądów buduje sądy. Nie żartuję, jak mi ktoś nie wierzy, niech ściągnie słuchawki w autobusie i przysłucha się rozmowom współpasażerów.
Proszę państwa, paradoks. My-społeczeństwo radośnie rozdające nasze dane osobowe na prawo i lewo boimy się, że ktoś ograniczy naszą wolność osobistą.
My-społeczeństwo (z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy) klikające "lubię to" pod każdą pierdołą i wrzucające na swoje wirtualne ściany po tysiąckroć przerobione w popularnym programie do obróbki zdjęcia protestujemy przeciw ograniczaniu własności intelektualnej.
My-społeczeństwo dla zabicia czasu uprawiające wirtualne marchewki i marihuanę wyrażamy obawę, że ABW, najlepiej we współpracy z CIA i FBI, wyważy nam drzwi o czwartej nad ranem, a nasze żony i dzieci za kłaki zawlecze na przesłuchanie w pokoju bez okien za to z lustrem weneckim.
My-społeczeństwo śmiejące się z matchstick man'a o twarzy zepsutego ziemniaka ubolewamy nad ograniczaniem wolności tworzenia.
My-społeczeństwo w ciemno podpisujące umowy i zobowiązania jednym kliknięciem myszki w okno "I agree".
My-społeczeństwo wirtualnie okradające realnych ludzi.
My-społeczeństwo z tęsknotą wpatrujące się w przerobione zdjęcia szesnastolatek w galeriach pod wszystko mówiącymi tytułami "Chudość, Miłość, Zajebistość".
My-społeczeństwo plujące jadem bez ortografii i interpunkcji w komentarzach na blogach polityków, a ukrywające się pod pseudonimami.
Koniec końców my-społeczeństwo żyjące w cieniu wiecznego postradzieckiego, smoleńskiego, rządowego i gazeto-wyborczego spisku nie ufamy sobie do tego stopnia, że w niepodpisanym jeszcze dokumencie upatrujemy (odnoszę wrażenie, że z upodobaniem) końca wolności słowa i działania.
My-społeczeństwo nieudolnie trawiące rzucone nam ochłapy informacji z bezpłatnych gazet, niedyskretnie bekające podejrzliwymi sądami ludzi równie anonimowych jak my sami.
My-społeczeństwo podnoszące kwiatowy bunt z popularnego graffiti Banksy'ego - puknijmy się w głowy.
Internauci entuzjastycznie partycypują w wątpliwej jakości dyskusji o ACTA tylko dlatego, że obejrzeli frajerski filmik utrzymany w big-brotherskim tonie kolejnego ograniczania swobód obywatelskich. Na społeczeństwo padł blady strach, nie dlatego, że obawia się cenzury, ale dlatego, że zaistniało ryzyko zamknięcia portalu, którego nazwa przywodzi mi na myśli niesmaczną mieszankę szejka z kwękaniem i na którym propaguje się równie niesmaczny dowcip. Nie daj Bóg trzeba będzie na powrót zacząć ze sobą rozmawiać po polsku, a nie hasłami spod obrazków, których poziom nie przewyższa wcale poziomu malowideł z jaskiń w Górach Kantabryjskich. Naprawdę, wielka to strata dla ludzkości.
Większość dyskutujących nawet nie wysiliła się, żeby przeczytać, co na ten temat mają do powiedzenia gazety, nie wysłuchała radiowców. Za to na podstawie sądów buduje sądy. Nie żartuję, jak mi ktoś nie wierzy, niech ściągnie słuchawki w autobusie i przysłucha się rozmowom współpasażerów.
Proszę państwa, paradoks. My-społeczeństwo radośnie rozdające nasze dane osobowe na prawo i lewo boimy się, że ktoś ograniczy naszą wolność osobistą.
My-społeczeństwo (z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy) klikające "lubię to" pod każdą pierdołą i wrzucające na swoje wirtualne ściany po tysiąckroć przerobione w popularnym programie do obróbki zdjęcia protestujemy przeciw ograniczaniu własności intelektualnej.
My-społeczeństwo dla zabicia czasu uprawiające wirtualne marchewki i marihuanę wyrażamy obawę, że ABW, najlepiej we współpracy z CIA i FBI, wyważy nam drzwi o czwartej nad ranem, a nasze żony i dzieci za kłaki zawlecze na przesłuchanie w pokoju bez okien za to z lustrem weneckim.
My-społeczeństwo śmiejące się z matchstick man'a o twarzy zepsutego ziemniaka ubolewamy nad ograniczaniem wolności tworzenia.
My-społeczeństwo w ciemno podpisujące umowy i zobowiązania jednym kliknięciem myszki w okno "I agree".
My-społeczeństwo wirtualnie okradające realnych ludzi.
My-społeczeństwo z tęsknotą wpatrujące się w przerobione zdjęcia szesnastolatek w galeriach pod wszystko mówiącymi tytułami "Chudość, Miłość, Zajebistość".
My-społeczeństwo plujące jadem bez ortografii i interpunkcji w komentarzach na blogach polityków, a ukrywające się pod pseudonimami.
Koniec końców my-społeczeństwo żyjące w cieniu wiecznego postradzieckiego, smoleńskiego, rządowego i gazeto-wyborczego spisku nie ufamy sobie do tego stopnia, że w niepodpisanym jeszcze dokumencie upatrujemy (odnoszę wrażenie, że z upodobaniem) końca wolności słowa i działania.
My-społeczeństwo nieudolnie trawiące rzucone nam ochłapy informacji z bezpłatnych gazet, niedyskretnie bekające podejrzliwymi sądami ludzi równie anonimowych jak my sami.
My-społeczeństwo podnoszące kwiatowy bunt z popularnego graffiti Banksy'ego - puknijmy się w głowy.
piątek, 23 grudnia 2011
Na karpia
Kiedyś było takie przysłowie, że dzieci i ryby głosu nie mają. Dzisiaj dzieci mają rzeczników, a ryby obrońców. Już myślałam, że przyjdzie mi obejść się smakiem albo konstruować tanie jak barszcz życzenia świąteczne, a tu proszę - polska rzeczywistość dostarcza absurdów, o które w nawiązaniu do Bożego Narodzenia można zahaczyć i podumać o życiu.
Oto bowiem w czas świąteczny protestuje się przeciwko niehumanitarnemu zabijaniu karpia. Rzesze przebranych za ryby przeciwników rybołówstwa wychodzą naprzeciw smakoszom białego mięsa o cokolwiek mułowym posmaku. Skutek tego jest mniej więcej taki, że departament rybny naszego rządu już szykuje przepis w imieniu karpia. Że kary, że areszty, że przeszkolenia specjalne na przewóz. Że nie zabijać na widoku, a smażyć tylko na oleju z pierwszego tłoczenia.
Dziadek mój zawsze przed walnięciem karpia młotkiem w łeb grzecznie go przeprasza. A szlachtuje zawsze na widoku, podobnie jak całą resztę rybnego towarzystwa. W moim roczniku dzieci nie musiały się na biologii uczyć, co to jest pęcherz pławny i łuska, bo nauczyły się tego na podwórku. Sekcja zwłok ryby była dla nas czymś normalnym, a nie przykładem nieprzeciętnego okrucieństwa. Ale rozumiem, że jakie czasy, takie obyczaje. Po podwórku już nie mogą biegać kury bez głowy. Trudno.
Być może dla obrońców karpia będzie to nieliche zaskoczenie, ale paluszki rybne i filety z mintaja nie rosną na drzewach. Karp zaś jest podstawą sektora gospodarki zajmującego się handlem żywym towarem rybnym. Ten sam karp hodowany jest od wiek wieków w stawach, amen. I każdy z tych hodowlanych karpi, w którego obronie przemawiają szlachetni obrońcy, wpuszczony do jeziora zginie śmiercią bardzo naturalną w przeciągu, skromnie licząc, dwóch, trzech tygodni. Bo przyzwyczajony do tłoku w stawie, regularnego skarmiania i braku konkurencji zwyczajnie nie zorientuje się, jak obchodzić się z naturą.
Drodzy czytelnicy, niezależnie od tego, czy jesteście zwolennikami karpia żywego, czy martwego, życzę balansu i równowagi. Waszym karpiom również życzę równowagi. Niech będą trochę karpiami wyskakującymi z rzeki w "Śmierci na Pięć", a trochę karpiami zajmującymi wannę w "Betlejem jest wszędzie" Ciechowskiego. Tych, co nie znają odsyłam do lektury. Tym, co znają, życzę wesołych świąt.
Oto bowiem w czas świąteczny protestuje się przeciwko niehumanitarnemu zabijaniu karpia. Rzesze przebranych za ryby przeciwników rybołówstwa wychodzą naprzeciw smakoszom białego mięsa o cokolwiek mułowym posmaku. Skutek tego jest mniej więcej taki, że departament rybny naszego rządu już szykuje przepis w imieniu karpia. Że kary, że areszty, że przeszkolenia specjalne na przewóz. Że nie zabijać na widoku, a smażyć tylko na oleju z pierwszego tłoczenia.
Dziadek mój zawsze przed walnięciem karpia młotkiem w łeb grzecznie go przeprasza. A szlachtuje zawsze na widoku, podobnie jak całą resztę rybnego towarzystwa. W moim roczniku dzieci nie musiały się na biologii uczyć, co to jest pęcherz pławny i łuska, bo nauczyły się tego na podwórku. Sekcja zwłok ryby była dla nas czymś normalnym, a nie przykładem nieprzeciętnego okrucieństwa. Ale rozumiem, że jakie czasy, takie obyczaje. Po podwórku już nie mogą biegać kury bez głowy. Trudno.
Być może dla obrońców karpia będzie to nieliche zaskoczenie, ale paluszki rybne i filety z mintaja nie rosną na drzewach. Karp zaś jest podstawą sektora gospodarki zajmującego się handlem żywym towarem rybnym. Ten sam karp hodowany jest od wiek wieków w stawach, amen. I każdy z tych hodowlanych karpi, w którego obronie przemawiają szlachetni obrońcy, wpuszczony do jeziora zginie śmiercią bardzo naturalną w przeciągu, skromnie licząc, dwóch, trzech tygodni. Bo przyzwyczajony do tłoku w stawie, regularnego skarmiania i braku konkurencji zwyczajnie nie zorientuje się, jak obchodzić się z naturą.
Drodzy czytelnicy, niezależnie od tego, czy jesteście zwolennikami karpia żywego, czy martwego, życzę balansu i równowagi. Waszym karpiom również życzę równowagi. Niech będą trochę karpiami wyskakującymi z rzeki w "Śmierci na Pięć", a trochę karpiami zajmującymi wannę w "Betlejem jest wszędzie" Ciechowskiego. Tych, co nie znają odsyłam do lektury. Tym, co znają, życzę wesołych świąt.
Subskrybuj:
Posty (Atom)