poniedziałek, 1 października 2012

Diabeł stołuje się u Prady

Nigdy nie przestanie być dla mnie tajemnicą, jakim cudem Carrie Bradshaw z Seksu w Wielkim Mieście mogła sobie pozwolić na paskudne Manolo Blahniki pisząc jeden felieton w tygodniu. (Choć chyba miało to jakiś związek ze spłacaniem kredytów kolejnymi kartami kredytowymi). Tej soboty przed modowym faux pas ustrzegła mnie rodzona matka. A było to tak...

Wkroczyłyśmy w dobrze zaplanowaną przez ludzi od marketingu przestrzeń dyskontu spożywczego dzierżąc w dłoniach listę zakupów sporządzoną zamaszystym pismem babci. Już ode drzwi postanowiłyśmy, że się rozdzielamy, więc mama poszła na nabiał, a ja oddałam się nowej pasji polegającej na pakowaniu zgrzewką wody mineralnej albo dwoma. Sztuka nie lada, bo podłoga w sklepie arcyśliska i trzeba uważać, żeby zbyt gwałtownie nie pakować gazowaną. Spotkałyśmy się chwilę później, ja po rozgrzewce, mama po nabiale, na dziale mięso/wędliny/drób (klasyka). Ustawiłam się w kolejce (lub jak kto woli w ogonku) obok rodzicielki i widzę, jak porozumiewawczo stuka palcem w szybę. Spójrz tu - oznacza pukanie, więc pochylam się nad asortymentem. Proszę bardzo. Szynka PRADA, 49,99zł/kg. Oczom nie wierzę. Proszę mamę o telefon, bo moim się zdjęć robić nie da (tak, wiem, to niewyobrażalne dla trzech czwartych społeczeństwa) i próbuję złapać w kadr kawał mięcha. Z trudem opanowując śmiech zwalniam spust migawki. I właśnie w tym momencie rozlega się nad nami głos kierowniczki działu mięso/wędliny/drób (klasyka).

Chcąc nie chcąc bierzemy udział w parafrazie sceny z Misia (tej, co to "gdzie mnie pan z tymi kłakami, to jest kiosk ruchu, ja tu mięso mam" itd.). Że tu sklep spożywczy, a nie fotograf. Że własność prywatna i zdjęć nie wolno. Że proszę wyłączyć aparat, bo zawołam kierownika i że w regulaminie sklepu stoi jak wół (albo wołowina) napisane "Zakaz fotografowania", jak nie wierzą, niech idą przeczytać. Dobra, dobra łagodzi mama i dla świętego spokoju zamawia kilka plasterków od Prady, a kiedy proponuję zapytać, czy ta szynka to ze zwierzątek odartych ze skóry na potrzeby szycia futer, mówi, żebym dała spokój (Daj spokój...). Tym samym właśnie ratuje mnie od modowego faux pas. Bo przecież Prada szyje z poliestrów, a nie z norek.

Głupie czasy. Ksiądz z Syberii przybył wczoraj na placek z jabłkami.  Mówił, że zimno i że bieda straszna, a Stalina to tam, panie, własną piersią bronią, bo Stalin, jak Lenin, wiecznie u nich żywy. Mówił, że ludzie mili, a ziemie wokół Bajkału to już dawno wykupione przez Moskwę pod infrastrukturę turystyczną. Mówił, że czniają Unię Europejską. Ewropa ich w ogóle nie obchodzi, bo po co im nasze zakłamanie i degeneracja? Na końcu powiedział, że najlepiej w Irkucku idą kanapki z Subway'a. (Zażartowałabym, że to po naszemu znaczy z metra, ale jakoś tak zbieżność z Runway'em sama mi się narzuca). Boże, dopomóż, byśmy nigdy nie uznali za godne płacić trzy dychy za kanapkę z szynką. Nawet od Prady.

sobota, 22 września 2012

Jestem słoniem

Pamiętam swoją pierwszą konfrontację z twórczością Magika. Byłam niepewną siebie dziewczynką z krzywym zgryzem i za dużym jak na swój wiek biustem, w sztruksowych spodniach i wpędzającą mnie w kompleksy wadą wzroku. Kolonie w górach. Magika przyniósł mi Michał. Nie pamiętam nazwiska. Pamiętam, że od tamtego momentu przez trzy tygodnie patrzyłam w niego jak w obrazek. Obsesyjnie rysował charakterystyczne, kalibrowe 44 wszędzie gdzie się dało. Nawet na stołówkowych serwetkach.
Któregoś dnia Michał postawił mnie na bramce, bo brakowało chłopaków do składu drużyn piłkarskich. Byłam wtedy kiepskim bramkarzem. Ktoś, chyba mój brat, zarzucił mi, że trzymając rękę w kieszeni wiele nie obronię. Michał przerwał grę i podszedł do mnie. Odbyliśmy taki dialog:
M. - Trzymałaś rękę w kieszeni?
P. - Noo... Tak mi jakoś wygodnie.
M. - Skoro tak, to włóż i drugą.
Wrócił na boisko, kazał wszystkim grać dalej, a ja się pierwszy raz w życiu zakochałam.
Dzisiaj jestem lepszym bramkarzem. I na pamięć znam Konfrontacje. Pomyślałam o Michale miesiąc temu, kiedy dziewięcioletni dzieciak przyszedł do mnie i zapytawszy, czy znam to, zaczął rapować Ja to ja, a potem Chwile ulotne. Szacunek przemieszany ze zmaterializowaną niemal dumą z dzieciaka. Czy znam to? Przybij piątkę, młody, cholera jasna! Będą z ciebie ludzie. A potem nastąpił wykład o Kalibrze i Paktofonice. No pewnie, że nagrali tego więcej, ale jeszcze nie możesz słuchać, bo jesteś za mały. Dlaczego już nie nagrywają? Bo, wiesz, Magik się zabił. Wyskoczył z okna. Komentarz młodego był jednosłowny. Szkoda.
Widziałam Jesteś Bogiem. Nie podejmę się recenzji. Żyję w czasach, w których ukrzyżowaną żabę uważa się za sztukę i dyskutuje nad sensem cenzury. Stworzyć dzieło, które przerasta i zatrważa samego autora, które zmienia bieg ludzkich historii - to jest wyczyn. Stworzyć je w warunkach ohydnej, szarej, smutnej i nudnej jak flaki z olejem polskiej rzeczywistości. Stworzyć je mając cztery pięćdziesiąt w kieszeni. Do kina, marsz.

poniedziałek, 17 września 2012

Tako rzecze Kamasutra

Poszłam dzisiaj do Tesco kupić nowe wiadro na śmieci, bo w przypływie fantazji R. pozbyła się starego, rzekłabym, przedwcześnie. Mam ambicje być teraz perfekcyjną panią domu (bez domu), brak wiaderka uznałam więc za klasyczny przejaw chaosu i postanowiłam, że za moją sprawą stan ten ulegnie zmianie.
No więc wybrałam wiadro, czerwone, z pokrywką. Dobrałam doń nawet zestaw worków, na podobieństwo prawdziwej kobiety dobierającej torebkę do butów. Jako, że nie lubię spędzać za wiele czasu w hipermarketach zaraz potem obrałam kurs na samoobsługową kasę, ale przecież nie byłabym sobą, gdybym nie urządziła przystanku w sektorze z książkami. Przejrzałam ofertę, uznałam, że nie ma w niej nic, czego by brakowało w mojej biblioteczce. Jako (przyszła) perfekcyjna pani domu jestem zaopatrzona we wszystkie kulinarne książki tego świata (w rodzinnym zbiorze pojawiła się ostatnio kuchnia rumuńska). Przewodniki po wszystkich strategicznych miejscach świata też już dawno zgromadziłam (chociaż po Malcie chętnie przygarnę). Już miałam opuścić księgarniany sektor, kiedy oczom moim ukazało się wydawnicze dzieło wszech czasów. Zamarłam. Oto między kieszonkową wersją Kamasutry, a Zdrową Ciążą stało przede mną literackie zbawienie ludzkości, antidotum na wszelkie klęski, kryzysy. Nowy podręcznik Donalda Tuska! MacGyver, Johnny Bravo i Superniania w jednym. "500 sposobów radzenia sobie ZE WSZYSTKIM"!
Rzuciłam wiadro i porwałam tę księgę ocalenia w nadziei, że oto znalazłam odpowiedź na WSZYSTKIE życiowe problemy, począwszy od tych związanych z zawartością portfela, skończywszy na konflikcie w Syrii, alleluja! Ręce trzęsą mi się z wrażenia, ale jakoś otwieram na mniej więcej środku... Strona zapaćkana piktogramami. W obrazkach zawarta odpowiedź na pytanie: jak umyć noworodka. Jadę dalej. Jak zaparzyć herbatę po tybetańsku? No brawo, sobie zaparzaj ze zjełczałym masłem i odorem moczu jaków, smacznego. Jak zrobić hamburgera? Jak podać wino, jak zorganizować piknik, przykręcić półkę, zrobić łuk z leszczyny. Jak zebrać wodę na pustyni. Jak urodzić dziecko, wychować sąsiada, pogrzebać zdechłego kota. Jak rzucić palenie, zawiązać węzeł windsorski, zdjąć prezerwatywę zębami.
Zatrzymałam się na stronie "jak przeżyć udaną randkę". Nie żebym się uważała za eksperta we wszystkich innych dziedzinach, po prostu tak wyszło. Seria fioletowych obrazeczków przedstawiała dwa ludzki. Na sześciu pierwszych wyginały się w różnych kierunkach. Na siódmym, ostatnim, też się wyginały, tyle że na czymś, co w zamyśle autora miało przypominać stół. Ludziki tańczą, a nie robią to, co czytelnikowi przychodzi na myśl po zestawieniu słów "randka", "stół", "wyginać się". Aha. Czyli teraz już wiem, co robiłam w czerwcu tego roku, w towarzystwie polsko-niemiecko-hiszpańskim, na stole bez butów. Byłam na udanej multi-randce!
Kiedyś wyczytałyśmy z N. w Bravo przepis na skuteczny podryw. Nie wiem jakim cudem gazeta wpadła w nasze, młodociane jeszcze, ręce, bo wszystkie znane mi wtedy matki kategorycznie odmawiały wydawania pieniędzy na taki chłam, a moja była w odmawianiu najgorliwsza. Przechodziło tylko Bravo Sport. W każdym razie przeczytałyśmy instrukcję, złożyłyśmy do kupy wszystkie mrugania, pomrukiwania, odgarniania włosów i suszenia zębów. I wyszło nam z tego połączenie epileptyka z paralitykiem i Ciasteczkowym Potworem.
Autor "500 sposobów radzenia sobie ZE WSZYSTKIM" powinien dopisać dla mnie 501. Jak radzić sobie z dotrzymywaniem postanowień z dzieciństwa o nieczytaniu pierdół.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Bóle fantomowe

Spot Summer Paralympic Games London 2012 wyemitowany przez firmę Samsung jest podręcznikowym przykładem reklamy emocjonalnej. Podobnie zresztą jak wszystkie sportowe materiały, które wzbudzają we mnie zachwyt ostatnimi czasy. Od adidasowej propagandy, po dziecięcą eskortę McDonald's. Ośmielam się jednak stwierdzić, że spot SPGL2012 nie jest dla przeciętnego widza wzruszający dlatego, że przeciętny widz kocha sport i rywalizację, ale dlatego, że uświadamia on sobie, iż jego samego też byłoby stać na podobne dokonania, gdyby mu się odrobinę bardziej chciało. Zresztą przecież wysiłek, który paraolimpijczycy wkładają w treningi jest wielokrotnie większy niż w przypadku pełnosprawnych sportowców i chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego.

Telewizja Polska zamiast transmitować wczoraj otwarcie SPGL2012 uraczyła widzów, w tym również mnie, Superpucharem Hiszpanii. Poza wszystkim zamiast go oglądać, mogłam równie dobrze wgapiać się w lustro, bo - jak stwierdził M. - oglądanie mnie to większa przyjemność niż oglądanie CR7 i Messiego. Nawet jeśli M. nie miał racji, jest coś, co mnie do chłopców z Realu i Barcelony jednak zbliża. W kontekście paraolimpiady. I ja, i oni mamy wszystkie kończyny. I jest to jedyny argument, dla którego przyjemniej się na nas patrzy. Oczywiście, że oglądalność PL2012 nie utrzymywałaby się na poziomie biegów Bolta. Bo ludzie z reguły nie chcą oglądać tego, co niepełne, niedoskonałe, ułomne, kalekie. Zwłaszcza, że żyjemy w czasach takiej chorej Sparty, w której już nie oko, a ciało jest zwierciadłem duszy. Przynajmniej w pojmowaniu ogółu.

Nie jest to jednak historyjka o tym, jak to powinno się kształtować wrażliwość społeczną poprzez pokazywanie wyścigów kolarskich zawodników z jedną nogą, czy transmitowanie dokonań niewidomych łuczników. Proponuję techniczne podejście do sprawy. Słowo zawodnik zawdzięcza pochodzenie słowu zawód i to własnie pojechali robić paraolimpijczycy do Londynu - uprawiać swój zawód. Odłóżmy na bok opowieści o odnajdywaniu sensu życia, powrotach do normalności, samozaparciu i dyscyplinie przywracającej psychiczną równowagę po amputacji kończyn. Zapomnijmy na chwilę o chęci pokazania światu, na co stać człowieka bez ręki, wstrzymajmy okrzyki zachwytu nad Pistoriusem. Reprezentanci Polski pojechali do Londynu uprawiać swoje zawody, dostają za to pieniądze, muszą pozyskać sponsorów, spać w Sheratonie pod groźbą grzywny... niekończąca się litania nie różniąca się praktycznie niczym od tej, którą należy odmówić na okoliczność normalnych igrzysk. Różnica może taka, że niepełnosprawni sportowcy przywożą więcej medali niż ci z parzystą ilością i rąk, i nóg.

Skoro już zostało ustalone, że sportowcy w szytych na miarę koszulkach z orzełkiem na piersi przebywają w Londynie w określonym celu, teraz należy zadać pytanie, co robi Telewizja Polska w ramach wykonywania swojego zawodu? Bo w ściśle określonych dokumentach jasno stoi, co telewizja powinna. Na przykład powinna rzetelnie informować widzów o przebiegu życia społecznego, udostępniać dobra kultury i sztuki. A czy sport nie jest dobrem kultury? Jest. I z pewnością społeczeństwo zostanie o dokonaniach w tej dziedzinie poinformowane w serwisie sportowym po głównym wydaniu Wiadomości. Wystarczy? Zdaniem osób podejmujących decyzje na najwyższym szczeblu tak. Tymczasem Summer Paralympic Games London 2012 transmitują telewizje: chińska, fińska, włoska, singapurska, nowozelandzka. Ich przebieg będzie można śledzić na brytyjskim kanale czwartym, japońskim NHK, hiszpańskim RTVE. Kto korzysta z dobrodziejstw platformy z dostępem do Channel4 ten może będzie miał szczęście obejrzeć choć część wspaniałego, zawodowego widowiska sportowego.

Nowa ramówka Telewizji Polskiej zostanie od września wzbogacona o nowe seriale. Będzie można śledzić losy blondynek, zakonnic, mnichów, klanów i lekarzy. Tam wszyscy mają kończyny na swoim miejscu. W przerwie między kolejnymi odcinkami zostanie pewnie wyemitowana jakaś wzruszająca kampania o bezpańskich psach i dzieciach chorych na mukowiscydozę. A paraolimpiada? Cóż. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Podobno.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Zapiski na serwetkach hotelowych

Pani A. wtargnęła w poranną kuchenną rzeczywistość rozsiewając aromat podrobionego Opium YSL. Intensywny zapach piżma i goździków zawisł na chwilę w gęstym upale, gryząc się z wonią wszystkich zapachów, jakie generuje kuchnia o pół do ósmej rano: jaja na twardo, pomidor, parzona kawa...
Panią A., której woń perfum osiadała leniwie na chromowanych blatach nurtował tylko jeden problem. Dlaczego ludzie zamiast wyrzucać do kosza puste butelki, wkładają je do hotelowych szaf? Problem pani A. jest zrozumiały, wszak od rana do wieczora sprząta hotelowe szafy i łóżka, i kosze na śmieci. I zawsze to samo. Czy się ludzie nie mogą nauczyć - zastanawia się pani A. Ano widocznie nie mogą, należy się z tym pogodzić.
Mnie nurtuje zgoła odmienna sprawa. Jaką drogą dwoje ludzi dochodzi do tego momentu życia, w którym przez tydzień zamienia się przy śniadaniu najwyżej jedno zdanie? A nie jest to milczenie swobodne. Nie jest to milczenie konstruktywne, na które można zareagować jednym z ulubionych pytań mojego dziadka. O czym tak milczysz? Nie. To milczenie-świadectwo. Bezlitosne świadectwo tego, że coś komuś nie wyszło. Bardzo.
Afera się zrobiła, że Polacy niewyedukowani. A kto tu, panie, dzisiaj ma czas książki czytać i telewizję oglądać? Co zrobisz, kiedy przeciętne dziecko na książkę reaguje jak na szpinak? Co zrobisz, kiedy trzeba kupować, sprzedawać, na Allegro transakcje, na wczasy last minute. Nie ma czasu na rozmowy, czytania, oglądania. "A przecież poznawanie świata zakłada wysiłek i to wielki, pochłaniający człowieka", pisał mój idol, wywołany dzisiaj do tablicy. Poznawanie człowieka również. To dla mnie ostatnio jedyna rzecz, dla której warto się wysilać i spalać. Cała reszta w ostatecznym rozrachunku nie ma znaczenia. Po prostu. Nie mają znaczenia wesela, na których mnie nie będzie, wyjazdy bez mojego udziału, prace, których nie dostanę, ludzie, którzy zechcą mi dopiec. Wszystko to nic mnie nie obchodzi. Zaciskamy zęby i robimy swoje, pani redaktor, póki jeszcze ciut się chce. (Zamiast minę mieć ponurą, skromniutko, ot, z Ameryk którą odkryjmy... Ewentualnie korzystając z recept Młynarskiego należałoby wyjechać w Bieszczady. Dobre i wykonalne).

Tymczasem karma wraca. Pan Prawnik napisał, czy mu narobię medialnego szumu w pewnej ekologicznej sprawie wokół budowy S8. Co? Ja nie narobię?

Z harcerskim pozdrowieniem spod Śnieżki, 
p.

czwartek, 9 sierpnia 2012

London2012 calling

Zawsze przy okazji wielkich turniejów, igrzysk, mistrzostw, rozgrywek ligowych i czego tam jeszcze polski naród podnosi nikomu niepotrzebny i nudny lament. Że znowu nie wyszło, że siatkarze beznadziejni, że szermierka do luftu, że biegają tylko czarni, że orzełek nie w tym miejscu, co trzeba. Niejeden jeszcze (mam nadzieję) przede mną bierny i czynny udział w imprezach FIFA, UEFA, MKOl, FIVB. Dlatego od wczoraj usilnie szukam drogi nabycia odporności na tak zwanych niedzielnych kibiców.

Zaangażowanie, z jakim rodacy komentowali wczorajsze wyczyny Bartmana, Winiarskiego i Nowakowskiego, było z pewnością godne lepszej sprawy, niż olimpijskie złoto. Najbardziej rozbawiło mnie, kiedy pewną panią zdziwiła obecność Ignaczaka na boisku. "Ojej. A kiedy go wpuścili?" No tak, wpuścili...

Oczywiście, że Polacy ponieśli wczoraj sromotną porażkę, oczywiście, że dostali łomot, oczywiście, że Sborna była lepsza, silniejsza, szybsza i bardziej agresywna. I oczywiście, że Jarosz mógł być częstszym gościem na boisku. Ale czy kiepska gra, słaba forma, zła kondycja psychiczna ludzi, którzy ciężko pracują na (przede wszystkim) swój sukces, to powód do nazywania ich niedołęgami i ślamazarami? Gdyby polscy siatkarze doszli do finału i walczyli o złoty medal, naród zaraz zawłaszczyłby sobie ich sukces. Bo nie od dziś wiadomo, że sukces ma wielu ojców. A i matka niejedna. "Zdobyliśmy złoto" krzyczałyby nagłówki gazet. A guzik zdobyliśmy. To nie my-społeczeństwo stawiamy się codziennie w pracy w spodenkach gimnastycznych. To nie nasze medale, podobnie jak nie nasz ból w plecach, naderwane mięśnie, połamane palce i tęsknota za rodziną. Za nazwiskami Błaszczykowskiego, Małysza, Żygadły i Majewskiego stoi niewyobrażalny wysiłek, na który może i stać przeciętnego Kowalskiego, ale przeciętnemu Kowalskiemu nie chce się nawet podnieść dupy z kanapy, a co dopiero naginać na trening, choćby amatorski.

Podczas turnieju Euro2012 na poznańskim stadionie miałam zaszczyt oglądać treningi wszystkich reprezentacji grających w stolicy Wielkopolski. Nie różniły się od siebie niczym, ani intensywnością, ani dynamiką, ani wykonywanymi ćwiczeniami. Może kolorem drabinek rozłożonych na murawie, na którą nie wolno mi było nadepnąć nawet jednym palcem. Powie ktoś, że pompa, że utopione miliony, że kryzys w budownictwie. Powie ktoś, że nasi reprezentanci lekką rączką wydali w Londynie państwowe pieniądze. Ale kto odważny przeliczy na złotówki emocje, entuzjazm i mobilizację wyzwoloną w tych kibicach, dla których sport nie jest samym tylko osiągnięciem celu, ale przede wszystkim dążeniem do niego?

Andrzej Strejlau na pytanie "Dlaczego w PZPNie jest taki burdel?" zadane przez gościa bez koszulki i w spranych trampkach, odpowiedział "A co? Chciałby pan coś zmienić?" "No przydałoby się". "To zapisz się pan do struktur okręgówki, może pan co zdziała". To dobry cytat na zakończenie z przesłaniem dla niedzielnych kibiców. Ale znalazłam lepszy.

Kiedy pewnego razu Aleksander Głowacki znany wszystkim jako Bolesław Prus w czasie pisania Lalki doznał niemocy twórczej - a trzeba wiedzieć, że pisał dzień po dniu w odcinkach, na bieżąco oddając redakcji rękopisy, których nikt nie kopiował - do jego drzwi zapukał zniecierpliwiony czytelnik. 
- Dlaczego pan zaprzestał pisania? - zapytał czytelnik swojego dostarczyciela emocji.
- Nie mogę - odpowiedział Prus.
- Jak to pan nie może! - zdziwił się przybyły.
- No po prostu nie mogę i już! - odparł mistrz pióra.
- To nie może być.
- Ano nie mogę. A pan zawsze może? To siadaj pan i pisz.

Szanowny niedzielny kibicu, czy i ty zawsze możesz? No to stawaj pan. I walcz.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Wegański kotlet


Jedzenie gulaszu meksykańskiego przerywa mi głos ojca trójki dzieci, który radosnym, wysokim tonem domaga się przy barze "czegoś wegańskiego". Meksykański gulasz jem na cześć Sama, z którym kilka godzin wcześniej urządziłam sobie miłą pogawędkę. Ja w Starbucksie spijam kawę i wysyłam materiały do redakcji, on w Meksyku spać nie może, więc robi dzieciom naleśniki na śniadanie. Dzieci w przypadku Sama jest dokładnie tyle, co w przypadku ojca-weganina. Trójka. W tej filmowej scenerii odbywamy z Samem rozmowę o Bobie Marleyu i o tym, że czasem rzeczy najprostsze zrozumieć najtrudniej.

Tymczasem, już kilka godzin po "śniadaniu on line", wegański ojciec zamawia wegańskie obiadki dla swoich dzieci i wcina mi się w gulasz. Dla niego nie ma mięsa i już. Dla jego dzieci też nie. Powodów do niejedzenia mięsa są tysiące. Może żal mu kangurów w Australii, kogutów - w Meksyku właśnie - albo może chroni lasy na Borneo. Kto wie? Wegański ojciec prawdopodobnie nie ma bladego pojęcia, jak bardzo swoim bezmięsnym daniem wpisuje się w mój nastrój. Ochrona środowiska to bezkresny ocean, a ja akurat musiałam popłynąć w tym oceanie ze złym prądem. Ale od początku...

Wpływ dwutlenku węgla na zmiany klimatu jest kością niezgody w środowisku biologów, klimatologów, geologów, ekologów i kogo tam jeszcze. Polityka energetyczna w ciągu ostatnich dwu lat trochę ostygła, bo kryzys ekonomiczny okazał się być ważniejszy od ziemskiej atmosfery. Wszystkie ostatnie konferencje klimatyczne to farsa. Protokołów o emisji też nikt ratyfikować nie chce. A mimo to Europa nadal sprzedaje koncesje na wysyłanie dwutlenku węgla w kosmos. Firma, która wypuszcza coś przez komin musi za to wypuszczanie przez komin zapłacić. Ale nie każda. Co bogatsi, sprytniejsi i bardziej zorientowani w prawie pakują walizki i z Lublina albo Bełchatowa przenoszą interes do Afryki albo Azji. Fachowo nazywa się to carbon leakage, a w praktyce wygląda po prostu tak, że zamiast płacić urzędom grube tysiące za kolorowe certyfikaty, zarabia się grube miliony na potencjale czarnego albo żółtego lądu. Ten, kto nie ma wystarczająco dużo pieniędzy, odwagi bądź obu powyższych, zostaje na Starym Kontynencie i zasila państwo opłatami administracyjnymi. W punkcie zajmującym się weryfikacją tegoż współczesnego podatku kominowego znalazłam się dzisiaj na rozmowie kwalifikacyjnej.

"Zapewne czytała pani rozporządzenie" stwierdzono raczej, niż mnie zapytano. Czytałam. "I jak się pani podobało?". A czy rozporządzenie może się podobać? Okazuje się, że może. Komuś, kto zarabia na nim pieniądze. "Nam nie chodzi o żadną ideologię". To już zauważyłam dawno. W ochronie środowiska ideologia kończy się na zbieraniu wody dla Afryki i liczeniu storczyków w Konińskim Parku Krajobrazowym. Dalej zaczynają się sowite pensje. "Co pani rozumie pod pojęciem tworzenia procedury?" zapytał Pan Prawnik. "Tworzenie procedury" pomyślałam sobie, a w mojej głowie włączył się alarm o nadchodzącym wybuchu atomowym.

"Pani została stworzona do pisania, prawda?" pyta wreszcie Pan Prawnik w klapkach przerywając tym samym administracyjny wywód Pani Prawnik w zaawansowanej ciąży i białej sukience. "Skąd pan wie?" wyrywa mi się. "Kazałem pani napisać opowiadanie o czerwonym baloniku wypełnionym rtęcią". Fakt. Kazał. Napisałam. Podobno jako jedna z nielicznych. I tu dociera do mnie, że pomyliłam strony. Że on jest w obozie Donalda Trumpa, a ja Boba Marleya. Że on się sprawdza w rozporządzeniach, a ja w historyjkach o baloniku. Że on w certyfikatach i zezwoleniach na emisję widzi swoją pensję, a ja konkretny szwindel. I że dla niego globalne ocieplenie to ISO i EU ETS, a dla mnie topniejący Spitsbergen.

"Tato, tato, ale dla mnie z kotlecikiem" krzyczy dzieciak ojca-weganina. Po co z kotlecikiem, skoro nie ma mięsa? Niektórzy lubią, kiedy coś wydaje się innym, niż jest w rzeczywistości. A po co rozporządzenie o emisji, skoro być może nie ma globalnego ocieplenia? Może po to, żeby Pan Prawnik w klapkach mógł mi przypomnieć, po co przyszłam na świat. "Dobrze, z kotlecikiem" odpowiada spokojnie ojciec-weganin. Ciekawe, w czyim obozie będą jego dzieci, kiedy dorosną...