SCENA I
- Ja się nimi brzydzę - mówi chłopak z pociągu. Może mieć najwyżej siedemnaście lat, a swoje słowa kieruje do siedzącej obok nauczycielki. Muszą wybierać się na konkurs, olimpiadę. On po maturze chce iść na studia filozoficzne. Ona uczy jakiegoś humanistycznego przedmiotu, możliwe, że nawet kilku, w końcu takie czasy.
- Ale co też ty opowiadasz - nauczycielka karci swojego podopiecznego.
- No tak. Oni te wszystkie zamachy, ataki robią - stwierdza ze spokojem i głębokim przekonaniem mało charakterystycznym dla przeciętnego nastolatka.
- Ale przecież nie wszyscy. To w gruncie rzeczy bardzo bezpieczni i kochający pokój ludzie - dopowiada mu nauczycielka. - Wszyscy nie mogą być agresywni, wszyscy nie mogą nienawidzić świata.
SCENA II
- Co to się tam w tych Stanach stało? - pyta mama. - Ja nic nie wiem, nie oglądałam.
- No i dobrze.
Wiem, że nie oglądała, bo ryła ogród w ramach akcji "Wiosna".
Są tacy, którzy nie oglądają, bo nie chcą.
Są tacy - i tych jest większość - którzy oglądają, ale nie rozumieją.
Wreszcie są i tacy, którzy nie oglądają, bo nie wierzą. Do tych ostatnich ja należę.
SCENA III
Zanim przestaję oglądać, wysłuchuję w TVN24 pogmatwanego tłumaczenia z relacji na żywo z bostońskiej ulicy. "...po tym jak zatrzymano zidentyfikowanego prawdopodobnego podejrzanego".
Kogoś przecież trzeba zatrzymać. Prawdopodobnie to "on". Został zidentyfikowany. Teraz należy uczynić go podejrzanym. Stany Zjednoczone nie mogą pozwolić sobie na luksus niezatrzymania. To by wyglądało szalenie niekorzystnie w oczach opinii publicznej.
SCENA IV
Podobno znaleziono wieko szybkowaru, w którym była jedna z bomb, a FBI pokazało szczątki ładunków zdetonowanych w Bostonie. Śledztwo rozwija się cały czas. Jeden pan się stał bohaterem. Nie zginął tylko dlatego, że zasłoniła go skrzynka na listy i to wystarczyło. Wybrany przez los. Inni mieli mniej szczęścia. Dwaj bracia, którzy przyjechali zobaczyć maraton stracili po nodze, a Polacy uznali, że to bardzo poruszająca tragedia. Amerykanie idą szeroko. Przeżyli horror, nie działały komórki i metro stanęło w miejscu.
SCENA V
Al-Qaeda nie przyznała się do winy.
To na pewno nie oni. Oni przecież, jak coś wiedzą, przyznają się od razu. Nawet do nieswoich.
SCENA VI
Na
świecie toczy się jednocześnie około pięćdziesięciu konfliktów
zbrojnych. Kondolencje płyną przez Atlantyk tylko w jednym kierunku.
SCENA VII
Blisko cztery dekady temu na londyńskim lotnisku służby bezpieczeństwa zatrzymują terrorystę. Ten odwraca się do kamery jednej z telewizji i mówi: "Przecież to wszystko show-biznes".
Wstaję rano, wypijam kawę, witam się ze sobą w lustrze i już jestem w drodze. Zatrudniona na pełnym etacie na stanowisku obserwatora. Z zamiłowania kolekcjonerka skrawków ludzkich historii.
piątek, 19 kwietnia 2013
poniedziałek, 18 lutego 2013
Bucket list
| (c)Wiktor Rezmer |
- Zaraz, zaraz! A my? Gdzie jest lista akredytacyjna? - upominają się dwaj mężczyźni w średnim wieku. Rozpoznaje ich jedna z organizatorek i wpuszcza do środka. Ku mojemu zdziwieniu za tymi dwoma prześlizguje się również moje młodsze rodzeństwo.
- No co? Telewizja Katowice! - uśmiecha się szeroko, jak to tylko on potrafi. Zawsze miał szczęście. Tak postawiliśmy pierwsze realne kroki wiodące na spotkanie ze Slashem.
Pierwszy raz o bucket list dowiedziałam się siedząc na kanapie sutereny w czeskiej Pradze. Rzuceni na ścianę Morgan Freeman (o którym W. zwykle mawia "no ten, znany aktor, co grał w takim znanym filmie") i Jack Nicolson (największy sukinkot jakiego zrodził Hollywood) spełniają swoje marzenia zanim kopną w kalendarz. Oczywiście jeden z nich jest obrzydliwie bogaty, a drugi obrzydliwie pozytywnie nastawiony do życia. I do śmierci też. W pierwszym odruchu reaguję sceptycznie, bo przecież każde marzenie można spełnić mając miliony na wydanie i relatywnie dużo wolnego czasu. Ale nim mija połowa filmu ryczę jak bóbr, bo... to takie piękne, że po prostu coś bierzesz i robisz, zamiast o tym myśleć, no! Też tak zawsze chciałam. Może kiedyś mi się uda dojść do tego poziomu życiowego zorganizowania.
Bucket list mojego życia z oczywistych względów fizycznie nie istnieje. Ledwo przekroczywszy ćwierćwiecze jestem jeszcze za młoda na to, by spisywać na kartce czynności do wykonania przed zejściem z łez padołu. Nie znaczy to jednak, że z tyłu głowy nie plączą się marzenia, które warto zrealizować. Jednym z nich było zobaczyć z bliska i posłuchać na żywo Saula Hudsona.
- Pytania proszę zadawać po angielsku, unikać tematów osobistych oraz tych związanych z Guns N' Roses - mówi organizator eliminując z mojej skrupulatnie przygotowanej listy prawie wszystko. Bardzo mnie na przykład interesowało jakie Slash kradł książki będąc nastolatkiem. Bo kradł. Wstaję, podnoszę rękę. - Pani w czerwonym z żółtym na środku - dostaję zielone światło dzięki nowej koszule od mamy. W czarnym t-shircie z logo Guns N' Roses byłabym niewidoczna w tłumie dziennikarskich klonów. - Pani w czerwonym, tak, pani - powtarza prowadzący, a ja już wiem, że wszyscy, którym to opowiem dodadzą odruchowo "małpa w czerwonym", bo dokładnie to samo hasło przechodzi mi przez głowę.
- Hi, Slash, how are you doing? - And he's doing fine jak na faceta, który od trzydziestego czwartego roku życia funkcjonuje tylko dzięki rozrusznikowi serca. W "Anastasia", kawałku z ostatniej płyty, którego słucham obsesyjnie słychać Bethoveena, bo Slash od dziecka słucha klasyki. Pytam, czy jest szansa, żeby kiedyś wplótł w swoje solo polskiego kompozytora. Z potoku słów o czerpaniu inspiracji i rodzicach, którzy uczyli go słuchać każdego rodzaju muzyki, wyostrza się jedno zdanie: "You know, I'am just a guy playing rock". To mi wystarczy.
sobota, 12 stycznia 2013
Wielka Orkiestra Społecznej Pomocy
Podobno im biedniejszy naród, tym hojniejsi jego obywatele.
Jurek Owsiak od dwudziestu jeden lat działa na polskiej scenie. Od dwudziestu jeden lat z godnością znosi też krytykę kościoła i niektórych mediów. Z roku na rok jego wolontariusze zbierają coraz więcej środków. I z roku na rok do akcji włącza się coraz więcej znanych, barwnych postaci polskiego show biznesu.
Pod parasolem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy znikają wszelkie podziały. Moherowe babcie licytują pióropusze Marii Peszek, zagorzali punkowcy kupują płyty Ewy Farnej, a Maryla Rodowicz przygrywa do tańca Dorocie Rabczewskiej. W tej, ogarniającej cały naród, świątecznej atmosferze kwestują coraz młodsze pokolenia Polaków, bo w Drugą Niedzielę Stycznia po ulicach przestają krążyć kieszonkowcy i złodzieje orkiestrowych puszek. Telewizje, gazety i stacje radiowe prześcigają się w wymyślaniu coraz to oryginalniejszych przedmiotów, których sprzedaż ma zasilić konto orkiestry. Na licytacji Owsiaka można sobie kupić pobyt w więzieniu, przejażdżkę łodzią podwodną, uścisk dłoni prezesa, premiera, prezydenta... Można sobie kupić nawet stół, choć nadal nikt nie wie, dlaczego jest taki upierdolony. Licytacje ruszają coraz wcześniej i trwają coraz dłużej, a wszystko to w imię dobra naszego i naszych przyszłych oraz obecnych dzieci.
W tym jednym magicznym dniu we wszystkich Polakach w kraju i poza jego granicami budzi się szlachetny pierwiastek. Jedni stają się trochę Wokulskim wspierającym kwestę panny Łęckiej, inni świętym Mikołajem, jeszcze inni papieżem. Na społeczny ostracyzm skazany jest ten, kto w Drugą Niedzielę Stycznia nie przyklei do płaszcza czerwonego serduszka.
Wszystko idzie tak dobrze, że Jurek Owsiak postanowił w tym roku rozszerzyć swoją działalność i pochylić się również nad najstarszymi Polakami. Nie dość respiratorów, inkubatorów i pomp do dializy malutkich jak ziarnko fasoli niemowlęcych nerek. Anioł stróż polskiego humanitaryzmu będzie z pomocą swoich godnych reprezentantów zbierał pieniądze na łóżka geriatryczne.
Starość nie radość - powiadają najstarsi górale i oczywiście mają rację, bo przecież nikomu się nie uśmiecha łupanie w krzyżu i strzykanie w stawach. Nikt nie lubi i nie chce być zapominalski, niedołężny i marudzący. Nikt nie chce zostać bohaterem internetowego dowcipu, w którym pada sakramentalne, pełne politowania "babcia se pierdalnie". Dlatego tym bardziej szlachetne to działanie, kiedy w dobie kultu piękności i młodości Jurek Owsiak zabiera się za uzdrawianie polskiej geriatrii.
Tak kraj nasz oświecony i cywilizowany odpłaca się ludziom, którzy przez ostatnie dekady podnosili go nawet nie z kolan, a z tragicznego upadku. Nową Polskę okupili listą wyrzeczeń, głodem, biedą i pracą tak ciężką, że dziś nie jesteśmy sobie w stanie tego nawet wyobrazić. A wszystko to po to, by dziś ich wnuczęta zbierały złotówki, żeby zapewnić im godną śmierć.
Lista pól do popisu dla ludzi pokroju Owsiaka jest długa. Może w przyszłym roku ktoś wyręczy Ministra Zdrowia w skracaniu kolejek do ortopedów, może uzdrowi osławiony eWUŚ, może zechce zafundować wszystkim kobietom mammografię z cytologią... Fajnie jest mieć taką wszystko-grającą orkiestrę. W mojej głowie rodzi się tylko jedno pytanie. Jak to się stało, że to nie jest kraj dla starych ludzi, chociaż sami go budowali?
Jurek Owsiak od dwudziestu jeden lat działa na polskiej scenie. Od dwudziestu jeden lat z godnością znosi też krytykę kościoła i niektórych mediów. Z roku na rok jego wolontariusze zbierają coraz więcej środków. I z roku na rok do akcji włącza się coraz więcej znanych, barwnych postaci polskiego show biznesu.
Pod parasolem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy znikają wszelkie podziały. Moherowe babcie licytują pióropusze Marii Peszek, zagorzali punkowcy kupują płyty Ewy Farnej, a Maryla Rodowicz przygrywa do tańca Dorocie Rabczewskiej. W tej, ogarniającej cały naród, świątecznej atmosferze kwestują coraz młodsze pokolenia Polaków, bo w Drugą Niedzielę Stycznia po ulicach przestają krążyć kieszonkowcy i złodzieje orkiestrowych puszek. Telewizje, gazety i stacje radiowe prześcigają się w wymyślaniu coraz to oryginalniejszych przedmiotów, których sprzedaż ma zasilić konto orkiestry. Na licytacji Owsiaka można sobie kupić pobyt w więzieniu, przejażdżkę łodzią podwodną, uścisk dłoni prezesa, premiera, prezydenta... Można sobie kupić nawet stół, choć nadal nikt nie wie, dlaczego jest taki upierdolony. Licytacje ruszają coraz wcześniej i trwają coraz dłużej, a wszystko to w imię dobra naszego i naszych przyszłych oraz obecnych dzieci.
W tym jednym magicznym dniu we wszystkich Polakach w kraju i poza jego granicami budzi się szlachetny pierwiastek. Jedni stają się trochę Wokulskim wspierającym kwestę panny Łęckiej, inni świętym Mikołajem, jeszcze inni papieżem. Na społeczny ostracyzm skazany jest ten, kto w Drugą Niedzielę Stycznia nie przyklei do płaszcza czerwonego serduszka.
Wszystko idzie tak dobrze, że Jurek Owsiak postanowił w tym roku rozszerzyć swoją działalność i pochylić się również nad najstarszymi Polakami. Nie dość respiratorów, inkubatorów i pomp do dializy malutkich jak ziarnko fasoli niemowlęcych nerek. Anioł stróż polskiego humanitaryzmu będzie z pomocą swoich godnych reprezentantów zbierał pieniądze na łóżka geriatryczne.
Starość nie radość - powiadają najstarsi górale i oczywiście mają rację, bo przecież nikomu się nie uśmiecha łupanie w krzyżu i strzykanie w stawach. Nikt nie lubi i nie chce być zapominalski, niedołężny i marudzący. Nikt nie chce zostać bohaterem internetowego dowcipu, w którym pada sakramentalne, pełne politowania "babcia se pierdalnie". Dlatego tym bardziej szlachetne to działanie, kiedy w dobie kultu piękności i młodości Jurek Owsiak zabiera się za uzdrawianie polskiej geriatrii.
Tak kraj nasz oświecony i cywilizowany odpłaca się ludziom, którzy przez ostatnie dekady podnosili go nawet nie z kolan, a z tragicznego upadku. Nową Polskę okupili listą wyrzeczeń, głodem, biedą i pracą tak ciężką, że dziś nie jesteśmy sobie w stanie tego nawet wyobrazić. A wszystko to po to, by dziś ich wnuczęta zbierały złotówki, żeby zapewnić im godną śmierć.
Lista pól do popisu dla ludzi pokroju Owsiaka jest długa. Może w przyszłym roku ktoś wyręczy Ministra Zdrowia w skracaniu kolejek do ortopedów, może uzdrowi osławiony eWUŚ, może zechce zafundować wszystkim kobietom mammografię z cytologią... Fajnie jest mieć taką wszystko-grającą orkiestrę. W mojej głowie rodzi się tylko jedno pytanie. Jak to się stało, że to nie jest kraj dla starych ludzi, chociaż sami go budowali?
wtorek, 8 stycznia 2013
Ścierwo
Stałam na przystanku, kiedy podszedł do mnie mężczyzna błagając o jedzenie. Nikt z potencjalnych pasażerów MPK nie zareagował. Trudno się dziwić. W końcu bilety coraz droższe, a i chleba też nikt za frajer nie rozdaje. Niewiele jest widoków wzbudzających we mnie większą odrazę niż użalający się nad sobą, zasmarkany chłop. Idź do pracy - pomyślałam. - Praca uszlachetnia. I zaraz uświadomiłam sobie, że nie ma w naszych czasach bardziej kłamliwego stwierdzenia. Jak rzadko praca daje dziś wolność i czyni lepszym! Jeśli ktoś (tak jak ja) czerpie z niej przyjemność, powinien uważać się za największego szczęściarza pod słońcem. Usłyszałam dzisiaj, że w pewnej firmie produkującej - eufemistycznie mówiąc - średniej jakości meble dla szwedzko-polskiej sieci handlowej wzięcie jednego dnia wolnego od pracy wiąże się z utratą... wszystkich potencjalnych dodatków do pensji w skali roku.
Zdjęta dziś z anteny reklama Heyah, która oburzyła rzesze internautów powinna kazać nam wszystkim zastanowić się nad tym, czy jej twórca w trzydzieści sekund nie zdiagnozował polskiego społeczeństwa. O ile idea "wszystkiego wszędzie wszystkim, po równo i za darmo", którą tak chętnie posługują się wszystkie sieci komórkowe nawiązuje zaiste do szczytnych haseł marksizmu, o tyle posłużenie się wizerunkiem największego kata w dziejach ludzkości słusznie obudziło czujność Polaków. Ale może jest jakieś usprawiedliwienie dla tego marketingowego zabiegu?
Zdjęta dziś z anteny reklama Heyah, która oburzyła rzesze internautów powinna kazać nam wszystkim zastanowić się nad tym, czy jej twórca w trzydzieści sekund nie zdiagnozował polskiego społeczeństwa. O ile idea "wszystkiego wszędzie wszystkim, po równo i za darmo", którą tak chętnie posługują się wszystkie sieci komórkowe nawiązuje zaiste do szczytnych haseł marksizmu, o tyle posłużenie się wizerunkiem największego kata w dziejach ludzkości słusznie obudziło czujność Polaków. Ale może jest jakieś usprawiedliwienie dla tego marketingowego zabiegu?
Kampania miała mieć wydźwięk humorystyczny - tłumaczył się autor spotu, który pewnie dzisiaj znalazł na biurku list pożegnalny od szefa zatrudniającej go korporacji. Zaiste czarny to humor porównywać wolne przecież i demokratyczne społeczeństwo do takiego, w którym za samą znajomość zasad demokracji groziła zsyłka na roboty przymusowe.
Kiepski to żart, kiedy ludzie pracujący w zagranicznych korporacjach zestawiani są z katorżnikami. To społeczeństwo, które może robić zakupy wszędzie i jadać smażone w głębokim tłuszczu wołowe ścierwo w dowolnie wybranych restauracjach szybkiej obsługi nie może być przecież porównywane z tymi, którym za dzienną rację żywieniową musiało starczyć 450g chleba. Nie sposób przyrównywać narodu, który ma dostęp do (o ironio) telefonów, gazet i internetu do ludzi, którym za samo posiadanie części do radioodbiornika groziło dziesięć lat na Kołymie.
Słaby to żart - żart z Lenina... O nie. Żaden karzeł komunistycznej myśli filozoficznej nie wykazał się większym poczuciem czarnego humoru niż przewodniczący Wladimir Iljicz Uljanow. Żaden z bieżących rządów nie dorówna jego pomysłowości.
Chwalić niebiosa, prorokiem naszych czasów nie jest Lenin. Prorokiem naszych czasów jest klaun wykreowany przez Sachę Barona Cohena. I to jego wizerunek bardziej pasowałby do każdej reklamy emitowanej w kraju stojącym demokracją i zdrowym kapitalizmem. Jest taka scena w Dyktatorze. Aladeen staje na przeciwko światowych przywódców i nie może się nadziwić, dlaczego tak bardzo sprzeciwiają się dyktaturze. I tak przekonuje słuchaczy o jej wyższości nad demokracją: Przecież żyjąc w kraju totalnego reżimu mogliby pozwolić jednemu procentowi jego mieszkańców posiąść dobra całego narodu. Mogliby pomóc swoim bogatym przyjaciołom jeszcze bardziej się wzbogacić poprzez zmniejszanie podatków. Żyjąc w kraju rządzonym przez dyktaturę mogliby zapomnieć o zapotrzebowaniu obywateli na opiekę medyczną i edukację. Mogliby też zapomnieć o walce z biedą. W takim kraju media wydawałyby się wolne, ale tak naprawdę byłyby zarządzane przez jedną osobę, ewentualnie jej rodzinę. Można by też było podsłuchiwać rozmowy telefoniczne i znęcać się nad więźniami. Ustawiać wybory. I podawać fałszywe przyczyny wypowiadania wojen. Więzienie można by było zapełnić dowolnie wybraną grupą przestępców i nikt by nie protestował. Wreszcie żyjąc w dyktaturze można by wykorzystać media do manipulowania społeczeństwem i zastraszania go.
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Na zachodzie bez zmian
- Ej, Michael Jackson nie żyje - powiedział 25 czerwca 2009 roku mój brat. W mieszkaniu przy ulicy K. trwała impreza zasilana kawałkami z You Tube, kiedy któraś z otwartych witryn internetowych wypluła informację o tym, że w Los Angeles król popu oddał ducha.
- Ta, jasne, nie żyje - rzucił ktoś w iście imprezowym nastroju.
- No poważnie - zapewnił W. i wszyscy rzucili się do monitora szukając potwierdzenia w tłumaczonych na szybko newsach z amerykańskich serwisów informacyjnych. W ten właśnie sposób utwierdziliśmy się w przekonaniu, że ktoś, kto był i jest, nie zawsze będzie.
Michael Jackson był mistrzem w swoim fachu. Każda jego piosenka zaplanowana jest tak, by w słuchaczu wywoływać konkretne emocje. Jak reklamy McDonald's.
Chociaż lubię wszystkie, moim ulubionym utworem Jacksona jest Earth Song. To smutny jak przemówienie Baracka Obamy kawałek składający się z serii pytań o to, co zrobiliśmy z Matką Ziemią. I czy straciliśmy zaufanie słoni. Zabawne, prawda? Kto by się przejmował losem jedynych ssaków, które nie potrafią skakać, kiedy właśnie wyszedł nowy model super smartphone'a? Zresztą nic nie upoważnia mnie do robienia społeczeństwu wykładów na temat słoni, bo jedyne, które widziałam, to te w poznańskiej słoniarni. Śmierdzące i zajęte przeżuwaniem melonów. Naprawdę nic atrakcyjnego.
Dzisiaj najszybciej rozwijającym się krajem na świecie jest Brazylia. Nikogo nie obchodzą liczby, bo trudno je zapamiętać, więc nie ma sensu się nimi posiłkować. Poparty gorącym aplauzem całego świata rząd Brazylii zapowiedział, że w ciągu najbliższych dekad ma zamiar stać się światową potęgą. Że chce daleko w tyle zostawić Chiny, Indie, a przede wszystkim zagrać na nosie Stanom Zjednoczonym. Oczywiście ma do tego prawo, bo w końcu miarą każdej cywilizacji jest rozwój. W imię tego rozwoju każdemu obywatelowi należy zagwarantować dostęp do internetu i kilkadziesiąt metrów kwadratowych na własność. W imię tego samego rozwoju należy każdemu obywatelowi zapewnić komfort robienia zakupów w klimatyzowanych centrach handlowych, w których będą mogli nabyć tak luksusowe dobra jak t-shirty z Tajlandii i szorty z Pakistanu. Dbałość o dobro obywateli będzie się oczywiście odbywać w duchu slow motion, eco life, bio cotton i low carbon emission. W tym samym duchu powstaną obiekty sportowe i stadiony mające służyć mundialowi i igrzyskom. I w tym samym Brazylijczycy wybudują trzecią pod względem wielkości na świecie zaporę i elektrownię wodną. Energia będzie w niej produkowana w sposób najdłużej znany cywilizowanej ludzkości.
Zdarza się często, że myśl ekologiczna jest źle interpretowana. Ekologom zarzuca się stawianie dobra zagrożonych gatunków ponad dobro człowieka. Tymczasem żadna żaba, żaden żbik, ani nawet słoń nie są i nigdy nie były ważniejsze niż człowiek. Wszak nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Podobnie nie pora niepokoić się endemicznym gatunkiem storczyka, gdy mieszkańcy Augustowa nie mogą spokojnie przejść przez ulicę do sąsiada. I nie czas żałować amazońskich plemion, gdy koncerny mogą zarobić miliardy. Że 400 000 hektarów lasu po prostu przestanie istnieć - nic to. Że buldożery pożrą kultury, o których świat nie ma pojęcia - nic to. Że ryk maszyn zagłuszy rozpacz tubylczych plemion, które skazuje się na zagładę - nic to. Że wbicie łopaty w pierwszy z czterech tysięcy kilometrów kwadratowych ziemi dla wielu stanie się prawdziwym, zapowiedzianym przez przodków, końcem świata - nic to.
Głupi i pazerny jest człowiek. W swoim własnym imieniu ogołocił z drzew Wyspy Brytyjskie. Głupi i pazerny ten, który wyciął ostatnią akację w Dalmacji. Głupi, który przyłożył siekierę do lasów Sahary. Głupi, który w swoim własnym imieniu osuszył Jezioro Aralskie tak, że dziś po jego dnie można przejść suchą nogą. Głupi, co wypalając lasy palmowe na Borneo zmusza do panicznej ucieczki jedyne oprócz słoni zwierzęta, które, tak jak człowiek, potrafią płakać. Człowiek nie rozumie, że matka jest tylko jedna. A głupim czyni go to, że wciąż próbuje ją oszukać.
(Kończę ten list słuchając Jacksona. They dont' care about us. Teledysk dzieje się w Brazylii. To tyle).
- Ta, jasne, nie żyje - rzucił ktoś w iście imprezowym nastroju.
- No poważnie - zapewnił W. i wszyscy rzucili się do monitora szukając potwierdzenia w tłumaczonych na szybko newsach z amerykańskich serwisów informacyjnych. W ten właśnie sposób utwierdziliśmy się w przekonaniu, że ktoś, kto był i jest, nie zawsze będzie.
Michael Jackson był mistrzem w swoim fachu. Każda jego piosenka zaplanowana jest tak, by w słuchaczu wywoływać konkretne emocje. Jak reklamy McDonald's.
Chociaż lubię wszystkie, moim ulubionym utworem Jacksona jest Earth Song. To smutny jak przemówienie Baracka Obamy kawałek składający się z serii pytań o to, co zrobiliśmy z Matką Ziemią. I czy straciliśmy zaufanie słoni. Zabawne, prawda? Kto by się przejmował losem jedynych ssaków, które nie potrafią skakać, kiedy właśnie wyszedł nowy model super smartphone'a? Zresztą nic nie upoważnia mnie do robienia społeczeństwu wykładów na temat słoni, bo jedyne, które widziałam, to te w poznańskiej słoniarni. Śmierdzące i zajęte przeżuwaniem melonów. Naprawdę nic atrakcyjnego.
Dzisiaj najszybciej rozwijającym się krajem na świecie jest Brazylia. Nikogo nie obchodzą liczby, bo trudno je zapamiętać, więc nie ma sensu się nimi posiłkować. Poparty gorącym aplauzem całego świata rząd Brazylii zapowiedział, że w ciągu najbliższych dekad ma zamiar stać się światową potęgą. Że chce daleko w tyle zostawić Chiny, Indie, a przede wszystkim zagrać na nosie Stanom Zjednoczonym. Oczywiście ma do tego prawo, bo w końcu miarą każdej cywilizacji jest rozwój. W imię tego rozwoju każdemu obywatelowi należy zagwarantować dostęp do internetu i kilkadziesiąt metrów kwadratowych na własność. W imię tego samego rozwoju należy każdemu obywatelowi zapewnić komfort robienia zakupów w klimatyzowanych centrach handlowych, w których będą mogli nabyć tak luksusowe dobra jak t-shirty z Tajlandii i szorty z Pakistanu. Dbałość o dobro obywateli będzie się oczywiście odbywać w duchu slow motion, eco life, bio cotton i low carbon emission. W tym samym duchu powstaną obiekty sportowe i stadiony mające służyć mundialowi i igrzyskom. I w tym samym Brazylijczycy wybudują trzecią pod względem wielkości na świecie zaporę i elektrownię wodną. Energia będzie w niej produkowana w sposób najdłużej znany cywilizowanej ludzkości.
Zdarza się często, że myśl ekologiczna jest źle interpretowana. Ekologom zarzuca się stawianie dobra zagrożonych gatunków ponad dobro człowieka. Tymczasem żadna żaba, żaden żbik, ani nawet słoń nie są i nigdy nie były ważniejsze niż człowiek. Wszak nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Podobnie nie pora niepokoić się endemicznym gatunkiem storczyka, gdy mieszkańcy Augustowa nie mogą spokojnie przejść przez ulicę do sąsiada. I nie czas żałować amazońskich plemion, gdy koncerny mogą zarobić miliardy. Że 400 000 hektarów lasu po prostu przestanie istnieć - nic to. Że buldożery pożrą kultury, o których świat nie ma pojęcia - nic to. Że ryk maszyn zagłuszy rozpacz tubylczych plemion, które skazuje się na zagładę - nic to. Że wbicie łopaty w pierwszy z czterech tysięcy kilometrów kwadratowych ziemi dla wielu stanie się prawdziwym, zapowiedzianym przez przodków, końcem świata - nic to.
Głupi i pazerny jest człowiek. W swoim własnym imieniu ogołocił z drzew Wyspy Brytyjskie. Głupi i pazerny ten, który wyciął ostatnią akację w Dalmacji. Głupi, który przyłożył siekierę do lasów Sahary. Głupi, który w swoim własnym imieniu osuszył Jezioro Aralskie tak, że dziś po jego dnie można przejść suchą nogą. Głupi, co wypalając lasy palmowe na Borneo zmusza do panicznej ucieczki jedyne oprócz słoni zwierzęta, które, tak jak człowiek, potrafią płakać. Człowiek nie rozumie, że matka jest tylko jedna. A głupim czyni go to, że wciąż próbuje ją oszukać.
(Kończę ten list słuchając Jacksona. They dont' care about us. Teledysk dzieje się w Brazylii. To tyle).
środa, 28 listopada 2012
Aurea dicta my ass
Podobno jestem chodzącym cytatem. Ok. Kupiłam ostatnio Białą Księgę Kultu, więc byłabym teraz gotowa z samych tylko cudzych myśli złożyć zjadliwą tyradę na temat tego, dlaczego bycie chodzącym cytatem jest najlepszą z dostępnych człowiekowi opcji na tym łez padole. Swoją opinię zamknę jednak w skromnym jesteś tym, co czytasz. Analogicznie więc: czytasz Platona-jesteś Platonem. Czytasz Cosmo-cóż...Oczywiście (uwaga, cytat!) każdy kij ma dwa końce, więc z całą światłością stwierdzam, że czytasz to, kim jesteś. Polecam chwilę o tym pomyśleć.
Refleksja nad jednostką, która tyle razy przewijała się przez te strony to nic innego jak dłubanie w księgach, kolekcjonowanie cytatów właśnie i zagadywanie ludzi na śmierć. Mamy ostatnio z R. taki piękny zwyczaj. Zasiadamy przed TVP Kultura i maglujemy teatry telewizji. Bo to nieprawda, że w tv nic nie ma. Jest, tylko trzeba poszukać. No więc zasiadamy obłożone słownikami, podręcznikami i internetem, i pochylamy się nad dramatem jednostki (bo w końcu na deskach gra się dramat). Nawet się ostatnio dałam skusić na interpretację Dostojewskiego, chociaż wszyscy wiedzą, że jestem tradycjonalistką i dochowuję wierności tylko Fiodora wersjom drukowanym, amen. A R. się dała namówić na współczesną wersję Macbetha, chociaż to ja jestem większą fanką bezwzględności i bezczelności Shakespeare'a. Więc tak sobie oglądamy i wiecie co? Ja z tego wszystkiego coraz mniej rozumiem. Poważnie. Rzeczy oczywiste przestają takie być. Mnożą się postawy, opinie, oceny. Gromadzą się warstwami argumenty za i przeciw. Po długich dyskusjach zapadają bezwzględne wyroki. Z całym przekonaniem skazujemy bohaterów na śmierć albo okazujemy im łaskę. Dajemy im obowiązki i odmawiamy pewnych praw. Nakładamy na nich odpowiedzialność. A oni na nas. I tak w naszym domu panują ciche dni wokół puszki z zupą Campbella przywiezionej przez J. zza oceanu, bo ja nie lubię Warhola, a R. przeciwnie, ale puszką jakby trochę jednak gardzi ponad nią stawiając całą warholowską filozofię bytu, której ja nie rozumiem i zrozumieć nie chcę. I tak Świetlicki stał się członkiem naszej rodziny, i Bursa. Bo przed wyjściem do pracy czytamy losowo wybrany utwór i burzliwie omawiamy, jak w szkole.
A nasz apetyt rośnie w miarę jedzenia. I już jest nie tylko nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka. Już jest nie czytasz, nie siadam z tobą przy stole, nie idę z tobą na spacer, nie pamiętam twojego imienia. Takie sobie mam ostatnio życie, o.
A więc KULTywując cytatową tradycję posłużę się słowami Staszewskiego. Jak powstają twoje teksty - gdy mnie ktoś tak spyta, zak*rwię z laczka i poprawię z kopyta.
Z harcerskim pozdrowieniem, p.
Refleksja nad jednostką, która tyle razy przewijała się przez te strony to nic innego jak dłubanie w księgach, kolekcjonowanie cytatów właśnie i zagadywanie ludzi na śmierć. Mamy ostatnio z R. taki piękny zwyczaj. Zasiadamy przed TVP Kultura i maglujemy teatry telewizji. Bo to nieprawda, że w tv nic nie ma. Jest, tylko trzeba poszukać. No więc zasiadamy obłożone słownikami, podręcznikami i internetem, i pochylamy się nad dramatem jednostki (bo w końcu na deskach gra się dramat). Nawet się ostatnio dałam skusić na interpretację Dostojewskiego, chociaż wszyscy wiedzą, że jestem tradycjonalistką i dochowuję wierności tylko Fiodora wersjom drukowanym, amen. A R. się dała namówić na współczesną wersję Macbetha, chociaż to ja jestem większą fanką bezwzględności i bezczelności Shakespeare'a. Więc tak sobie oglądamy i wiecie co? Ja z tego wszystkiego coraz mniej rozumiem. Poważnie. Rzeczy oczywiste przestają takie być. Mnożą się postawy, opinie, oceny. Gromadzą się warstwami argumenty za i przeciw. Po długich dyskusjach zapadają bezwzględne wyroki. Z całym przekonaniem skazujemy bohaterów na śmierć albo okazujemy im łaskę. Dajemy im obowiązki i odmawiamy pewnych praw. Nakładamy na nich odpowiedzialność. A oni na nas. I tak w naszym domu panują ciche dni wokół puszki z zupą Campbella przywiezionej przez J. zza oceanu, bo ja nie lubię Warhola, a R. przeciwnie, ale puszką jakby trochę jednak gardzi ponad nią stawiając całą warholowską filozofię bytu, której ja nie rozumiem i zrozumieć nie chcę. I tak Świetlicki stał się członkiem naszej rodziny, i Bursa. Bo przed wyjściem do pracy czytamy losowo wybrany utwór i burzliwie omawiamy, jak w szkole.
A nasz apetyt rośnie w miarę jedzenia. I już jest nie tylko nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka. Już jest nie czytasz, nie siadam z tobą przy stole, nie idę z tobą na spacer, nie pamiętam twojego imienia. Takie sobie mam ostatnio życie, o.
A więc KULTywując cytatową tradycję posłużę się słowami Staszewskiego. Jak powstają twoje teksty - gdy mnie ktoś tak spyta, zak*rwię z laczka i poprawię z kopyta.
Z harcerskim pozdrowieniem, p.
środa, 14 listopada 2012
Pulp fiction
Krystyna Janda mówi mi jakiego kremu mam używać. Chociaż może jeszcze nie do mnie to mówi, ale do mojej matki, bo przedział wiekowy podobny. W każdym razie mówi to ta sama Janda, która w Różowych tabletkach na uspokojenie pisała, że rano decyduje, czy dziś udaje kobietę, czy zostaje facetem i że to wszystko zależy od trudności i komplikacji dnia. Ta Janda, która obok Marii Peszek i Katarzyny Nosowskiej w tym całym światku splendoru i czerwonych filcowych dywanów była dla mnie jedną z niewielu bab z krwi i kości.
To nie koniec. Bogusław Linda podsuwa mi na ekranie Geriavit Pharmaton, a Piotr Adamczyk wciska kredyt gotówkowy pod wszystko mówiącą nazwą chciałabym, chciała. Wszyscy naraz, jakby się zmówili. Czy warte to wszystko, by czynić upadek?
Ja wiem, za coś trzeba jeść. Ale żeby do pensji z teatru i serialu telewizyjnego dorabiać w reklamie pasztetu? Włączyłam dzisiaj telewizor i trafiłam na Jasminum. Akurat na fragment, w którym Linda w świetle czerwonych jarzeniówek kocha się z kobietą. Popatrzyłam przez chwilę, a potem pomyślałam geriavit i z obrzydzeniem wyłączyłam telewizor.
Pamiętam swój pierwszy kontakt ze światem mediów. Byłam jeszcze w podstawówce. Dziadkowie zabrali mnie na wczasy do Trójmiasta. Trwał Jarmark Świętego Dominika. To tam wykiełkowała moja miłość do jarmarcznej rzeczywistości, cukrowej waty i plastikowej biżuterii. Na scenie ustawionej przy Długim Targu trwała impreza prowadzona przez gwiazdy polskiej telewizji. I te gwizdy w którymś momencie zeszły ze sceny i usiadły w pierwszym rzędzie, na drewnianych piknikowych krzesełkach. Oczy mi się zaświeciły, bo oto przemiłe, sławne panie ze szklanego ekranu zstąpiły na ziemię. Babcia, która zawsze popycha mnie w słusznym kierunku, zauważywszy moją reakcję powiedziała no, idź, porozmawiaj sobie z nimi. Poszłam z odwagą dziesięciolatka i dumnym uśmiechem na twarzy. Dzisiaj oglądam te panie w reklamach tabletek na nietrzymanie moczu.
S. Donosi z Meksyku, że jest na konferencji w - jak to ujął - krainie Majów. I że aż tam gęsto od ludzi wyglądających końca świata. Że jest wieża Babel, bo jak się przechodzi to słychać wszystkie języki jakimi włada ludzkość. Oni uwierzyli w globalne ocieplenie, susze, huragany i powodzie. Oni odliczają dni do wielkiego bum. Zastanowiłam się nad tym trochę dłużej i doszłam do wniosku, że życzę im, aby się tego bum doczekali. Serio.
To nie koniec. Bogusław Linda podsuwa mi na ekranie Geriavit Pharmaton, a Piotr Adamczyk wciska kredyt gotówkowy pod wszystko mówiącą nazwą chciałabym, chciała. Wszyscy naraz, jakby się zmówili. Czy warte to wszystko, by czynić upadek?
Ja wiem, za coś trzeba jeść. Ale żeby do pensji z teatru i serialu telewizyjnego dorabiać w reklamie pasztetu? Włączyłam dzisiaj telewizor i trafiłam na Jasminum. Akurat na fragment, w którym Linda w świetle czerwonych jarzeniówek kocha się z kobietą. Popatrzyłam przez chwilę, a potem pomyślałam geriavit i z obrzydzeniem wyłączyłam telewizor.
![]() |
| Meksyk odlicza dni do końca świata (fot. Samuel Pérez) |
S. Donosi z Meksyku, że jest na konferencji w - jak to ujął - krainie Majów. I że aż tam gęsto od ludzi wyglądających końca świata. Że jest wieża Babel, bo jak się przechodzi to słychać wszystkie języki jakimi włada ludzkość. Oni uwierzyli w globalne ocieplenie, susze, huragany i powodzie. Oni odliczają dni do wielkiego bum. Zastanowiłam się nad tym trochę dłużej i doszłam do wniosku, że życzę im, aby się tego bum doczekali. Serio.
"Już kończę ten list, listopad 1993".
Subskrybuj:
Posty (Atom)
