wtorek, 18 sierpnia 2015

Deser Tęczowy

- No, taką masz ładną córcię, Stefciu. Nie mogę się napatrzeć – trzeci raz z rzędu powtarza starsza pani odziana w wiskozę i obwieszona chyba sztucznym bursztynem. - Tak jej ładnie w tej fryzurce. Taka główka piękna. Niech no ona tu przyjdzie, no. Taką masz śliczną córcię, Stefciu!

- No mam, mam – odpowiada lekko już poirytowany starszy pan w obowiązkowych w tropikalny upał płóciennych białych spodniach i kraciastej koszuli. - Ale widzisz, mnie chodzi tylko o to, żeby ona była szczęśliwa – dodaje już łagodniej. Jasne, myślę sobie, przecież wszystkim ojcom świata zależy tylko na tym. A potem w oczekiwaniu na M. wypełniam sobie czas wyobrażaniem córci. 

Widzę ją w typie Amandy Seyfried. Zgrabna, opalona, z nienaganną figurą, nieskazitelną cerą i „fryzurką”, najlepiej w blondzie lekko opalizującym w promieniach zachodzącego słońca. Moje rozmyślania przerywa M., który wraca z kawą i specjalnością kuchni Santosa, legendarnym Deserem Tęczowym. - Kawa, jakiej nie dają nawet w Rzymie – rzuca swym teatralnym basem. - A tego jeszcze nie jadłaś. Ambrozja – ogłasza tak, by wszyscy słyszeli i wymachuje pucharkiem, w który wetknął dwa widelczyki z logo GSS Społem.

Deser Tęczowy to budyń z kisielem i owocami udekorowany bitą śmietaną. Nasz pochodzi z przegotowanej partii, bo różowy kisiel jest mętny i grudkowaty. Rzeczywiście. Czegoś podobnego nie jadłam. Nawet nie umiem zdefiniować smaku. Chwilę po M. na arenę wkracza córcia, trzecia osoba dramatu Deser w Santosie.

- Tatko! Dlaczego nie założyłeś sandałów w taki upał? - opada na krzesło z butelką coli i Tęczowym, też z przegotowanej partii. Jest chudą i bardzo zmęczoną życiem kobietą w średnim wieku i krótko obciętych włosach. Do mojego wyobrażenia o Amandzie Seyfried pasuje tylko blond, który zresztą nawet nie opalizuje. Zanim tatko zdąży jej odpowiedzieć, starsza pani już uderza w dobrze mi znaną nutę. - No tak pięknie wyglądasz w tej fryzurce! - rozpływa się. Nie jest jej matką. Pani i tatko poznali się pewnie gdzieś w klubie seniora albo w przykościelnej oazie. Ona, mimo podeszłego wieku, tryska entuzjazmem nastolatki cechującym starsze kobiety, które zbyt długo były same. On, choć widać, że to nie pierwszy raz, spotkaniem całej trójki jest lekko zakłopotany.

Na drugim końcu świata Al Pacino jako Manglehorn nakłada sobie na plastikowy talerz górę dobrze wysmażonego boczku, a Holly Hunter w roli wrażliwej i zwyczajnej Dawn polewa naleśniki syropem klonowym. Jej danie na pewno nie jest tak słodkie jak moje. M. stawia przede mną Naleśnikową Fantazję, porcję kalorii dla robotnika budowlanego na dobre dwa dni, i wyciąga telefon ze zdjęciami z rzymskich wakacji. Podróże kształcą. Tam kawa smakuje lepiej, burze, sztormy i turbulencje przeżywa się mocniej, nawet upał ze wszystkimi jego konsekwencjami jest bardziej znośny.

Córcia, tatko i starsza pani przez chwilę w ciszy wgapiają się w pucharek z Tęczowym. - Mój mąż uważa, że wyglądam jak debilka – rzuca córcia w odpowiedzi na komplement. Nie zawraca sobie głowy żadnym „dziękuję”. - Nie powinien tak mówić. Jest zazdrosny – starsza pani próbuje załagodzić temat. Nic z tego. Lawina ruszyła. - To idiota! Wszystko musi krytykować. Szkoda gadać, a dzieciaka to mi tylko zmarnował – córcia wyrzuca z siebie litanię zażaleń przerywając kęsami deseru. - No, ale ważne, że sąsiadowi się fryzurka podoba.

Na drugim końcu świata Al Pacino randkuje z Holly Hunter w stołówce, gdzie jedzenie sprzedaje się na wagę, a talerze odnosi do okienka z napisem „Zwrot naczyń”. On – ślusarz. Ona – pracownica banku. On – właściciel kota, co połknął klucz i właśnie przechodzi operację. Ona ma psa. I bardzo lubi spędzać czas z Manglehornem. Cieszy się już od rana każdego dnia, gdy ten ma pojawić się w banku. On psuje sielankowe spotkanie tej dwójki przedstawicieli klasy na wiecznym dorobku opowieścią o swej byłej miłości.

Córcia, tatko i starsza pani wstają od stolika. Starsza pani trajkocze w kolejnej próbie oswojenia agresji, którą córcia coraz mocniej strumieniuje na nieobecnego męża, ponoć idiotę. Na koniec rzuca coś o psychologu i że to nie ona powinna do niego chodzić. M. niezrażony ostatnim aktem dramatu zaczyna żywo gestykulować i... krzyczeć na osy, które na resztkach naszego deseru urządziły wieczorny popas.

- Nie krzycz – mówię. - Z nimi trzeba spokojnie, po cichu. Nie znoszą hałasu, a już na pewno nie w tak niskich tonach. 

- Nikt was tu nie zapraszał! – M. pochyla się nad stolikiem wyraźnie zachwycony swoim małym teatralnym popisem. W ostatniej chwili córcia odwraca się przez ramię i spogląda na mojego towarzysza, który zapija aktorski tryumf czarną kawą. Jej twarz rozpromienia się w uśmiechu, a ja przez sekundę widzę ją śliczną, w typie Amandy Seyfried.

Na drugim końcu świata Holly Hunter jako Dawn w barze, w którym jedzenie sprzedaje się na wagę wstaje od stolika . Nie znosi opowieści o kobiecie, której nie zna. O kobiecie, której nie poznałby już sam Manglehorn, pięknej, bez wad, pełnej radości życia, nieodpowiadającej na listy, nieobecnej. Upokorzona odchodzi. Nie widzi, jak Al Pacino sięga po niedojedzony przez nią deser. Czy to właśnie jest osią ludzkich historii? Czy w prawdziwy życiu zamiast wybiegać za ludźmi z restauracji dojada się porzucony sernik albo ciastko czekoladowe?  

Manglehorn w końcu zrozumie swój błąd. Wyciągniętym z brzucha nieszczęsnej kotki kluczem otworzy pokój pełen wspomnień po Clarze, swojej byłej miłości. Wywiezie listy na wysypisko i skruszony wróci do bankowego okienka. To już wiem. Nie wiem tylko, co będzie z córcią.

- Ludzie mówią tam śmiesznie – M. orbituje na opowieść o rzymskich wakacjach. I tłumaczy, jakbym w życiu nie słyszała włoskiego. – Połowę rozumiesz z gestów, drugą, bo to w końcu włoski i wszystko kojarzy ci się z każdym innym językiem świata, który znasz. Mógłbym tam żyć – dorzuca. A pewnie. Każdy mógłby żyć tam, gdzie kawa smakuje lepiej, burze, sztormy i turbulencje przeżywa się mocniej i nawet upał ze wszystkimi jego konsekwencjami jest bardziej znośny. 

Dochodzi dwudziesta i Santos, trochę ospale, zamyka przeszkolone drzwi z logo GSS Społem. Stare kobiety w nylonowych fartuchach zbierają puste pucharki po Deserach Tęczowych, naszym i córci. Potem w powtarzanym od lat odruchu składają rattanowe krzesła i parasole z czerwonym logo Coca-Coli na stałe wpisanym w polski krajobraz. Za kilka godzin znów tu będą. Znów, od szóstej rano w kuchni bez klimatyzacji będą smażyć, mleć, ucierać, gotować i wydawać. Pierogi, naleśniki, barszcze ukraińskie, kurczaki w panierce, galaretki, ziemniaki z koperkiem, kefiry, kalafiorowe i ogórkowe. A potem będą zbierać puste naczynia, nad którymi kolejne córcie, tatki i starsze panie wygłosili swoje życiowe przemówienia, być może nawet o tym nie wiedząc... Santos znaczy tyle co święci.

wtorek, 18 lutego 2014

Na Rock Radio

Ten krótki komentarz medialnej rzeczywistości miał ujrzeć światło dzienne już dawno temu, ale ponieważ ostatnio nie jestem zdolna do konstruktywnego wyrażania swoich myśli, przez dwa tygodnie wisiał  w trybie edycji i czekał na tak zwany lepszy moment. Doczekał się dzisiaj, kiedy przeczytałam, że redaktorzy Mikołaj Lizut i Jakub Wojewódzki zadzwonili do redakcji Super Expressu i podali się za Mariusza Trynkiewicza...

Odkąd się pojawiło, Rock Radio nie wniosło do mojego życia nic. Może poza zażenowaniem biernego słuchacza i palącym wstydem czynnego dziennikarza. Słucham sobie tego radiopodobnego tworu codziennie odkąd powstał, w drodze do i z pracy, i czekam na jakiś przełom.

Nic.

Z całego dziennikarskiego serduszka życzę im upadku albo poszerzenia horyzontów. Jeśli państwo-redakcja nie doprowadzą do jednego z dwojga, kiepsko widzę przyszłość Rock Radia i muzycznych mediów w tym kraju w ogóle.

Idea promowania rocka (którego słucha 80 procent ludzkości) jest oczywiście bardzo szlachetna. Ale chyba ktoś przeoczył fakt, że od czasów pierwszej płyty Foo Fighters i czarnego albumu Metalliki wałkowanych w kółko na antenie RR w muzyce zdarzyło się kilka nowych rzeczy.

Jestem niezmiernie wdzięczna, że w drodze do pracy mogę posłuchać Lennego Kravitza (Always on the Run codziennie między 9.30 a 10.00). Wiem jak działa radiowy zegar i zdaję sobie sprawę z tego, że wszyscy najbardziej lubią te piosenki, które już raz słyszeli. Wiem też (i niezmiennie ubolewam nad faktem), że najlepiej sprzedaje się czas antenowy pod reklamówki leków na hemoroidy. Reklama dźwignią handlu – wszyscy z tego żyjemy. Media muszą na siebie zarabiać, bla, bla, bla.

Ale czy w imię tych wzniosłych, kapitalistycznych ideałów słuchacz musi znosić bardzo średnio wysublimowany, analny dowcip prowadzących poranną audycję panów Kędzierskiego i Tymańskiego? I czy naprawdę przez miesiąc ów słuchacz musi wysłuchiwać jak doświadczony redaktor muzyczny Jakub Wojewódzki wymusza od kolegów po fachu coś, co w niektórych kręgach branżowych określa się mianem głaskania po męskiej części ciała na „ch”? (Którym to głaskaniem żyją w dodatku jeszcze przed chwilą szanujące się polskie tygodniki opinii, co to nawet zdjęcia na okładkę dobrać nie potrafią).

Jak Polska długa i szeroka, w każdym jej zakątku pojawiają się zespoły mające do powiedzenia więcej, niż nieżyjący już Kurt Cobain albo cokolwiek przebrzmiały sir Paul McCartney. Tak, tak, gdyby nie oni, nie byłoby nas tutaj. Ale czas na nowe. Bo niektóre z tych nowych płacą nawet haracz ZAiKS-owi i wydają płyty na przyzwoitym poziomie. Jak długo jeszcze dyrektorzy programowi i redaktorzy zaangażowani w wymyślanie kolejnych dowcipów o wzwodach i seksie oralnym będą tych nowych odsyłać z kwitkiem do internetu albo lokalnych stacji radiowych? I jak długo zamierzają liczyć na naiwność odbiorców, którym próbują wmówić, że najważniejszą sprawą w świecie show-biznesu jest spór o nowy teledysk Behemotha albo majtki Natalii Siwiec?

Jeśli dobrze nastawić uszu, dojdzie nas wszystkich rosnący lament nad zbliżającym się upadkiem mediów, w tym przede wszystkim radia i płatnej prasy drukowanej. Lament nad postępującą tabloidyzacją. Lament nad mamą Madzi obecnej w naszej skrzynce pocztowej i Mariuszem Trynkiewiczem wyskakującym z lodówki. Lament nad Andersem Brevikiem domagającym się nowej konsoli gier i moralnym upadkiem elit rządzących (patrz niesalonowy język Adama Hofmana). Czym od tego wszystkiego różni się Rock Radio? Otóż niczym.

Ja lamentu wznosić nie zamierzam, ale nowej firmie Jakuba Wojewódzkiego nie dam więcej zarobić ani złotówki. Mam tylko nadzieję, że któremuś z panów redaktorów przypomną się (prędzej, niż później) słowa hitu Radio Ga Ga z 1984. And everything I had to know I heard it on my radio śpiewał Freddie. I jeszcze You had your time you had the power, you've yet to have your finest hour, radio. Cóż. Czas pokaże, czy miał rację...



wtorek, 21 stycznia 2014

Księga Wyjścia

Niewiele się nacieszyłem dzieciństwem w błogim pokojowym czasie, o którym rodzice i starsze rodzeństwo mówili „za Polski”. Mówiono: „za Polski było tego w bród”, „za Polski była taniocha”, „za Polski chleba i mięsa nie brakowało, nawet się kaprysiło, że mięso za tłuste”. Tak u nas chwalono te czasy już z perspektywy tych ponurych lat, które potem nastały […].

Od takich słów zaczyna się opowiadanie „Na wojennym przeciągu” autorstwa Stanisława Ziemby, mężczyzny mimo bezlitosnego upływu lat przystojnego, mądrego, pokornego, o nienagannych manierach i z klasą. To od niego uczyłam się szacunku do ojczyzny, w której upływają moje najgorsze dni i najlepsze lata. To on w wyważony, ale stanowczy sposób krytykuje rzeczywistość, w której przyszło nam razem egzystować. I to do niego zwracam się o pomoc, kiedy nie wiem, co mam myśleć o politycznych, ekonomicznych i gospodarczych zawiłościach.

Pamiętam jak powstawało „Na wojennym przeciągu”. Maszyna do pisania ustawiona na drewnianym stole w pokoju „za kuchnią” czekała na szczupłe, wąskie palce, które za chwilę miały w nią niewprawnie stukać. - Cicho, dziadziuś pisze opowiadanie – dawano do zrozumienia mnie i mojemu bratu, więc wychodziliśmy do nagrzanego słońcem sadu, by tam dawać upust naszym dziecięcym fantazjom. Nie zastanawiałam się wtedy nad tym, co i dla kogo pisze. Nie myślałam, że kiedyś będę po te teksty sięgać z szacunkiem i wzruszeniem.

W naszym domu słowo było tak ważne, jak jedzenie, picie i oddychanie. Książki i gazety zajmowały kuchenne blaty, leżały w łazience, przy łóżkach, w ogrodzie. Ulubioną rodzinną rozrywkę stanowiła gra, w której z liter jednego wyrazu trzeba ułożyć jak najwięcej słów. Gdyby ktoś zapytał mnie o najmilsze wspomnienie z dzieciństwa, odpowiedź zawsze będzie brzmieć: wspólne czytanie książek w „ostatnim pokoju”, przy rozpalonym w kominku ogniu.

Przy tym kominku, przy którym podobno ogrzewał się sam marszałek Konstanty Rokossowski najchętniej zasiadaliśmy po długich zimowych spacerach. Dziadek zabierał nas do lasu, naciągał na uszy swoją futrzaną czapkę i opowiadał. O Polsce dobrej, mądrej i silnej, ale czasem też o tej, której pamiętać się nie chce. Opowiadał o ludziach roztropnych i tych pogubionych. Prawił o Mickiewiczu i Słowackim, cytował Leśmiana i Parandowskiego. Cierpliwie tłumaczył czasem znudzonym, młodym ludziom zagmatwaną historię tego kawałka ziemi, o którym z czasem nauczyli się mówić „ojczyzna”.

Ze wszystkich kobiet na świecie mój dziadek wybrał najmądrzejszą, jaką znam i pojął ją za żonę. Razem dołożyli wszelkich starań, by pokazać mi to, co w tym kraju najpiękniejsze. Nauczyli jak odróżnić żyto od pszenicy i jodłę od świerku. Zabrali na Wawel i do katedry w Oliwie. Nauczyli grać w szachy i w tysiąca. Babcia pokazała jak obliczać rachunek prawdopodobieństwa, dziadek – jak narysować psa sikającego pod płotem na malwy. Od niej wiem jak ugotować zupę grzybową pachnącą świętami, od niego znam cytaty z Szekspira.

Dziadek nauczył mnie, że do każdej istoty, każdej kultury i każdego miejsca na Ziemi należy podchodzić z szacunkiem, ciekawością i podziwem. Babcia nauczyła, że najważniejsze w życiu to mądrze się zakochać i najpierw myśleć o innych, a dopiero potem o sobie...

Trochę innej Polski nauczyli mnie ci - mimo upływu lat, doskwierających im chorób i rodzinnych problemów - wciąż pogodni, kochający i ciepli ludzie. Trochę innej niż ta, na którą patrzę dzisiaj. Trochę innej niż ta, w której istotne problemy zamiata się pod polityczny dywan, a z małych spraw robi się dramaty wagi państwowej.

Na szali naszych rodzinnych dyskusji leżą dziś: wartość edukacji, kondycja służby zdrowia, jakość pracy i wysokość wynagrodzenia. Te trudne kwestie nadal równoważą proste rozmowy o dążeniu do szczęścia... które przecież już jest naszym udziałem.

poniedziałek, 16 września 2013

Siema stocznia! Zróbcie hałas

Kamil Bednarek popełnił właśnie artystyczne samobójstwo. Gdyby tylko Bob Marley nie tarzał się akurat po jakiejś niebiańskiej marihuanowej łące, z pewnością przewróciłby się w grobie.

Młody, utalentowany i optymistycznie nastawiony do świata i ludzi muzyk zrobił dla polskiego przemysłu muzycznego kilka dobrych rzeczy. A potem wystąpił w teledysku promującym najnowszą produkcję Andrzeja Wajdy.

Teledysk do filmu Wałęsa. Człowiek z nadziei w samej tylko warstwie obrazu jest pięknie nakręconym, doskonale zrealizowanym klipem ze świetnymi zdjęciami i przekonującym przeciętnego konsumenta kultury scenariuszem. Każdemu muzykowi w Polsce życzę, by mógł kiedyś pracować z tak zdolną ekipą filmową i by znalazł na to hojnych sponsorów.

Teledysk ten jest też, a przynajmniej być powinien, ostrzeżeniem dla tych, którzy żyją w przekonaniu, że konwencją artystyczną można sobie bezkarnie żonglować. Zestawianie znanych wszystkim słów Grechuty o tym, że ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy ze zdjęciami MO goniącej za Bednarkiem z gumowymi pałami jest po prostu ohydne. I nie chodzi o Wałęsę. Chodzi o to, że teledysk ogląda się w oczekiwaniu na mrożący krew w żyłach moment, w którym Kamil Bednarek wskoczy na rampę i krzyknie Siema stocznia, jak się bawicie?

Kamil Bednarek reprezentuje w kraju nad Wisłą nurt reggae, który wbrew obiegowej opinii nie sprowadza się jedynie do pulsującego riddimu. Jako fanka nieśmierletnego jamajskiego króla zawsze ubolewałam nad tym, że dla bezmyślnie trawiących muzyczną papkę mas nurt ten zaczyna się i kończy na refrenie No woman, no cry oderwanym zresztą od historycznego kontekstu. Niestety bezmyślnie trawi też Bednarek, który czerpie z twórczości Marleya nie to, co powinien.

Robert Nesta Marley wychował się w dzielnicy Kingston brzydszej i smutniejszej niż dworzec w Kutnie przed remontem. Buty zakładał tylko w święta, zresztą i tak musiał się nimi dzielić ze swoim rodzeństwem i biedniejszymi (o ile można być biedniejszym) sąsiadami.

Potem z małego Boba wyrósł piękny i dojrzały muzycznie mężczyzna, który każdą wolną chwilę spędzał na tworzeniu dzieła swojego życia. Dzieła, które wstrząśnie pokoleniami. Zrozumiał jaką moc rażenia ma jego twórczość. Niektórzy, z babcią Marleya na czele, wierzyli, że przemawia przez niego sam Jah. Inni to niespotykane zaangażowanie przypisywali wyjątkowej społecznej wrażliwości i rozległej wiedzy, której Marley (jako Dziecko_slumsów_któremu_się_powiodło) był niesłychanie spragniony. Dość powiedzieć, że Robert Nesta Marley stał się ambasadorem swojego kraju, bojownikiem o równość i sprawiedliwość. Jasne, że promował miękkie narkotyki. Jasne, że był zapatrzony w... barwną postać Ras Tafari Makkonena vel cesarza Haile Selassie I, który zrobił dla Etiopii tyle samo złego, co dobrego.

Jasne wreszcie, że nie wszyscy muszą kochać reggae i hołdować jamajskiemu rozprężeniu. Pytanie tylko komu artystyczny hołd złożył Kamil Bednarek, który chyba uciekał z lekcji historii. Bo mnie się wydaje, że złożył go przede wszystkim sobie.


niedziela, 7 lipca 2013

O słoniach

Scena rozgrywa się dwanaście lat temu. Siedzimy w samym sercu miasta Z., na „daszkach”, czyli stoiskach targowych. Jest coś pierwotnego w tym, że przez lata chodziliśmy po nich brudnymi butami, wycieraliśmy w nie tłuste od chipsów i klejące od lodów ręce, a potem w każdą sobotę podążaliśmy z matkami na targ, by z tych samych stoisk kupować warzywa, owoce, pieczywo i niemiecką czekoladę. Dziś stanowiska naprzeciwko wysłużonej parowej lokomotywy są demontowane, a pod miastem stoi nowe targowisko, którego już nie oblega popełniająca pierwsze w życiu błędy młodzież. Kosztowało miliony. Jest nowoczesne i strzeżone tak dobrze, że już nikt nie ma odwagi wycierać tłustych i lepkich palców w błyszczące lastriko.

Scena rozgrywa się dwanaście lat temu. Siedzimy w samym sercu miasta Z., na „daszkach”, czyli stoiskach targowych.
-         A skąd masz ciepłego loda?
-         Jak to skąd? Ze sklepu przecież.
-         Ale ja za niego nie zapłaciłam. Ile kosztował?
-         Nie wiem, czterdzieści groszy chyba. Jak to nie zapłaciłaś? Przecież mówiłam, że biorę…
-         No to może zapłaciłam. Nie wiem.
-         Ukradłyśmy go.
-         E tam, bzdury gadasz.
-         A jak ukradłyśmy, to co?
-         Przecież już i tak zjedzony… Nic nie poradzimy. Nie pójdziesz chyba do sklepu i nie powiesz „ukradłam loda”, nie?
-         No nie…

Kto był stroną potencjalnie płacącą, a kto wynoszącą w tym dialogu, którego do dziś jestem częścią i który śni mi się po nocach – nie pamiętam. Pamiętam za to, że kilka sekund później ktoś przyszedł i zaczął śpiewać: „cztery słonie, zielone słonie…”. Chcieliśmy być tacy dorośli, tacy niezależni, słuchaliśmy floydów i metaliki, a tutaj piosenka o słoniach. „No weź”. Pierwsza wybuchowa mieszanka wyrzutów sumienia i zażenowania. Przez cztery słonie. I kokardki na ogonie. Te same cholerne kokardki, którym N. odgrażała się przez wszystkie dotychczasowe, dorosłe lata swojego życia. „Nigdy nie będę wiązać swojemu dziecku na głowie czegoś takiego”.

Scena nie rozgrywa się dwanaście lat temu. Idę z psem przez puste miasto Z. W powietrzu wisi burza. Nasuwam na głowę kaptur uśmiechając się do samej siebie. „Wyglądasz jak obwieś” powtarzam w głowie słowa mamy, która kilka godzin wcześniej patrzyła jak wykonuję tę samą czynność. Kamuflaż, maskowanie, mimikra. „Nie patrzcie na mnie, nie ma na co. Ja nie patrzę na was”. Przystaję koło remizy strażackiej, którą ochoczo obsikuje mój pies-przybłęda, kiedy zrywa się silny podmuch. „Wiatr z północy przynosi zmiany” przywołuję w pamięci ulubiony cytat z filmowej opowieści o cygańskiej miłości i czekoladzie. Wiatr z północy zrywa mi kaptur. Podnoszę głowę. Uśmiecha się do mnie dwóch obcych mężczyzn. Do wnętrza remizy wnoszą demontowane właśnie „daszki”. Jeden z nich mruga w moją stronę, a mnie ogarnia wybuchowa mieszanka wyrzutów sumienia i zażenowania sprzed dwunastu lat. Ciepłe lody i cztery słonie. Nie, to niemożliwe. Ale to mrugnięcie… jakby wszystko wiedział.

Scena nie rozgrywa się dwanaście lat temu. Moje życie zawsze było ciągiem skojarzeń, wybranych wersetów, cytatów, symboli, interpretacji snów, znaków, piosenek, zdjęć, obrazów. Moja własna kabała. Mój pierwotny zabobon, rytuał, magia wypowiedzianego przez kogoś słowa, czar pierwszego zdania z książki, filmu, opowieści. Moja mitologia.

„Wśród słoni istnieją przypadki homo- i biseksualizmu, zjawisko dotyczy niemal połowy populacji”. „Słonia można nauczyć malować”. „Wiedzą państwo, że słonie zabija się, bo wchodzą w szkodę?” „Słonie to najmądrzejsze zwierzęta na świecie”. „Nie ma różowych słoni”. „Co to znaczy: jestem bogiem? A co to znaczy: jestem słoniem?”

-         Słoń nigdy nie dogadał się z żyrafą – Joanna, szamanka mojego życia.


Scena rozgrywa się dzisiaj, szóstego lipca. Wychodzę z domu, by prowadzić swój wędrowny tryb życia. Jeszcze godzinę wcześniej go nie było - na chodniku przed moją klatką schodową ktoś rączką małego człowieka narysował ogromnego słonia.


piątek, 19 kwietnia 2013

Z kraju i ze świata

SCENA I
- Ja się nimi brzydzę - mówi chłopak z pociągu. Może mieć najwyżej siedemnaście lat, a swoje słowa kieruje do siedzącej obok nauczycielki. Muszą wybierać się na konkurs, olimpiadę. On po maturze chce iść na studia filozoficzne. Ona uczy jakiegoś humanistycznego przedmiotu, możliwe, że nawet kilku, w końcu takie czasy.
- Ale co też ty opowiadasz - nauczycielka karci swojego podopiecznego.
- No tak. Oni te wszystkie zamachy, ataki robią - stwierdza ze spokojem i głębokim przekonaniem mało charakterystycznym dla przeciętnego nastolatka.
- Ale przecież nie wszyscy. To w gruncie rzeczy bardzo bezpieczni i kochający pokój ludzie - dopowiada mu nauczycielka. - Wszyscy nie mogą być agresywni, wszyscy nie mogą nienawidzić świata.

SCENA II
- Co to się tam w tych Stanach stało? - pyta mama. - Ja nic nie wiem, nie oglądałam.
- No i dobrze.
Wiem, że nie oglądała, bo ryła ogród w ramach akcji "Wiosna".
Są tacy, którzy nie oglądają, bo nie chcą.
Są tacy - i tych jest większość - którzy oglądają, ale nie rozumieją.
Wreszcie są i tacy, którzy nie oglądają, bo nie wierzą. Do tych ostatnich ja należę.

SCENA III
Zanim przestaję oglądać, wysłuchuję w TVN24 pogmatwanego tłumaczenia z relacji na żywo z bostońskiej ulicy. "...po tym jak zatrzymano zidentyfikowanego prawdopodobnego podejrzanego".
Kogoś przecież trzeba zatrzymać. Prawdopodobnie to "on". Został zidentyfikowany. Teraz należy uczynić go podejrzanym. Stany Zjednoczone nie mogą pozwolić sobie na luksus niezatrzymania. To by wyglądało szalenie niekorzystnie w oczach opinii publicznej.

SCENA IV
Podobno znaleziono wieko szybkowaru, w którym była jedna z bomb, a FBI pokazało szczątki ładunków zdetonowanych w Bostonie. Śledztwo rozwija się cały czas. Jeden pan się stał bohaterem. Nie zginął tylko dlatego, że zasłoniła go skrzynka na listy i to wystarczyło. Wybrany przez los. Inni mieli mniej szczęścia. Dwaj bracia, którzy przyjechali zobaczyć maraton stracili po nodze, a Polacy uznali, że to bardzo poruszająca tragedia. Amerykanie idą szeroko. Przeżyli horror, nie działały komórki i metro stanęło w miejscu.

SCENA V
Al-Qaeda nie przyznała się do winy.
To na pewno nie oni. Oni przecież, jak coś wiedzą, przyznają się od razu. Nawet do nieswoich.




SCENA VI
Na świecie toczy się jednocześnie około pięćdziesięciu konfliktów zbrojnych. Kondolencje płyną przez Atlantyk tylko w jednym kierunku.


SCENA VII

Blisko cztery dekady temu na londyńskim lotnisku służby bezpieczeństwa zatrzymują terrorystę. Ten odwraca się do kamery jednej z telewizji i mówi: "Przecież to wszystko show-biznes".

poniedziałek, 18 lutego 2013

Bucket list

(c)Wiktor Rezmer
- Na konferencję prasową wpuszczamy tylko z legitymacją - obwieszcza ochroniarz, a ja melduję bratu, że w takim układzie nie wejdzie do środka.
- Zaraz, zaraz! A my? Gdzie jest lista akredytacyjna? - upominają się dwaj mężczyźni w średnim wieku. Rozpoznaje ich jedna z organizatorek i wpuszcza do środka. Ku mojemu zdziwieniu za tymi dwoma prześlizguje się również moje młodsze rodzeństwo.
- No co? Telewizja Katowice! - uśmiecha się szeroko, jak to tylko on potrafi. Zawsze miał szczęście. Tak postawiliśmy pierwsze realne kroki wiodące na spotkanie ze Slashem.

Pierwszy raz o bucket list dowiedziałam się siedząc na kanapie sutereny w czeskiej Pradze. Rzuceni na ścianę Morgan Freeman (o którym W. zwykle mawia "no ten, znany aktor, co grał w takim znanym filmie") i Jack Nicolson (największy sukinkot jakiego zrodził Hollywood) spełniają swoje marzenia zanim kopną w kalendarz. Oczywiście jeden z nich jest obrzydliwie bogaty, a drugi obrzydliwie pozytywnie nastawiony do życia. I do śmierci też. W pierwszym odruchu reaguję sceptycznie, bo przecież każde marzenie można spełnić mając miliony na wydanie i relatywnie dużo wolnego czasu. Ale nim mija połowa filmu ryczę jak bóbr, bo... to takie piękne, że po prostu coś bierzesz i robisz, zamiast o tym myśleć, no! Też tak zawsze chciałam. Może kiedyś mi się uda dojść do tego poziomu życiowego zorganizowania.

Bucket list mojego życia z oczywistych względów fizycznie nie istnieje. Ledwo przekroczywszy ćwierćwiecze jestem jeszcze za młoda na to, by spisywać na kartce czynności do wykonania przed zejściem z łez padołu. Nie znaczy to jednak, że z tyłu głowy nie plączą się marzenia, które warto zrealizować. Jednym z nich było zobaczyć z bliska i posłuchać na żywo Saula Hudsona.

- Pytania proszę zadawać po angielsku, unikać tematów osobistych oraz tych związanych z Guns N' Roses - mówi organizator eliminując z mojej skrupulatnie przygotowanej listy prawie wszystko. Bardzo mnie na przykład interesowało jakie Slash kradł książki będąc nastolatkiem. Bo kradł. Wstaję, podnoszę rękę. - Pani w czerwonym z żółtym na środku - dostaję zielone światło dzięki nowej koszule od mamy. W czarnym t-shircie z logo Guns N' Roses byłabym niewidoczna w tłumie dziennikarskich klonów. - Pani w czerwonym, tak, pani - powtarza prowadzący, a ja już wiem, że wszyscy, którym to opowiem dodadzą odruchowo "małpa w czerwonym", bo dokładnie to samo hasło przechodzi mi przez głowę.

- Hi, Slash, how are you doing? - And he's doing fine jak na faceta, który od trzydziestego czwartego roku życia funkcjonuje tylko dzięki rozrusznikowi serca. W "Anastasia", kawałku z ostatniej płyty, którego słucham obsesyjnie słychać Bethoveena, bo Slash od dziecka słucha klasyki. Pytam, czy jest szansa, żeby kiedyś wplótł w swoje solo polskiego kompozytora. Z potoku słów o czerpaniu inspiracji i rodzicach, którzy uczyli go słuchać każdego rodzaju muzyki, wyostrza się jedno zdanie: "You know, I'am just a guy playing rock". To mi wystarczy.

sobota, 12 stycznia 2013

Wielka Orkiestra Społecznej Pomocy

Podobno im biedniejszy naród, tym hojniejsi jego obywatele.

Jurek Owsiak od dwudziestu jeden lat działa na polskiej scenie. Od dwudziestu jeden lat z godnością znosi też krytykę kościoła i niektórych mediów. Z roku na rok jego wolontariusze zbierają coraz więcej środków. I z roku na rok do akcji włącza się coraz więcej znanych, barwnych postaci polskiego show biznesu.

Pod parasolem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy znikają wszelkie podziały. Moherowe babcie licytują pióropusze Marii Peszek, zagorzali punkowcy kupują płyty Ewy Farnej, a Maryla Rodowicz przygrywa do tańca Dorocie Rabczewskiej. W tej, ogarniającej cały naród, świątecznej atmosferze kwestują coraz młodsze pokolenia Polaków, bo w Drugą Niedzielę Stycznia po ulicach przestają krążyć kieszonkowcy i złodzieje orkiestrowych puszek. Telewizje, gazety i stacje radiowe   prześcigają się w wymyślaniu coraz to oryginalniejszych przedmiotów, których sprzedaż ma zasilić konto orkiestry. Na licytacji Owsiaka można sobie kupić pobyt w więzieniu, przejażdżkę łodzią podwodną, uścisk dłoni prezesa, premiera, prezydenta... Można sobie kupić nawet stół, choć nadal nikt nie wie, dlaczego jest taki upierdolony. Licytacje ruszają coraz wcześniej i trwają coraz dłużej, a wszystko to w imię dobra naszego i naszych przyszłych oraz obecnych dzieci.

W tym jednym magicznym dniu we wszystkich Polakach w kraju i poza jego granicami budzi się szlachetny pierwiastek. Jedni stają się trochę Wokulskim wspierającym kwestę panny Łęckiej, inni świętym Mikołajem, jeszcze inni papieżem. Na społeczny ostracyzm skazany jest ten, kto w Drugą Niedzielę Stycznia nie przyklei do płaszcza czerwonego serduszka.

Wszystko idzie tak dobrze, że Jurek Owsiak postanowił w tym roku rozszerzyć swoją działalność i pochylić się również nad najstarszymi Polakami. Nie dość respiratorów, inkubatorów i pomp do dializy malutkich jak ziarnko fasoli niemowlęcych nerek. Anioł stróż polskiego humanitaryzmu będzie z pomocą swoich godnych reprezentantów zbierał pieniądze na łóżka geriatryczne.

Starość nie radość - powiadają najstarsi górale i oczywiście mają rację, bo przecież nikomu się nie uśmiecha łupanie w krzyżu i strzykanie w stawach. Nikt nie lubi i nie chce być zapominalski, niedołężny i marudzący. Nikt nie chce zostać bohaterem internetowego dowcipu, w którym pada sakramentalne, pełne politowania "babcia se pierdalnie". Dlatego tym bardziej szlachetne to działanie, kiedy w dobie kultu piękności i młodości Jurek Owsiak zabiera się za uzdrawianie polskiej geriatrii.

Tak kraj nasz oświecony i cywilizowany odpłaca się ludziom, którzy przez ostatnie dekady podnosili go nawet nie z kolan, a z tragicznego upadku. Nową Polskę okupili listą wyrzeczeń, głodem, biedą i pracą tak ciężką, że dziś nie jesteśmy sobie w stanie tego nawet wyobrazić. A wszystko to po to, by dziś ich wnuczęta zbierały złotówki, żeby zapewnić im godną śmierć.

Lista pól do popisu dla ludzi pokroju Owsiaka jest długa. Może w przyszłym roku ktoś wyręczy Ministra Zdrowia w skracaniu kolejek do ortopedów, może uzdrowi osławiony eWUŚ, może zechce zafundować wszystkim kobietom mammografię z cytologią... Fajnie jest mieć taką wszystko-grającą orkiestrę. W mojej głowie rodzi się tylko jedno pytanie. Jak to się stało, że to nie jest kraj dla starych ludzi, chociaż sami go budowali?


wtorek, 8 stycznia 2013

Ścierwo

Stałam na przystanku, kiedy podszedł do mnie mężczyzna błagając o jedzenie. Nikt z potencjalnych pasażerów MPK nie zareagował. Trudno się dziwić. W końcu bilety coraz droższe, a i chleba też nikt za frajer nie rozdaje. Niewiele jest widoków wzbudzających we mnie większą odrazę niż użalający się nad sobą, zasmarkany chłop. Idź do pracy - pomyślałam. - Praca uszlachetnia. I zaraz uświadomiłam sobie, że nie ma w naszych czasach bardziej kłamliwego stwierdzenia. Jak rzadko praca daje dziś wolność i czyni lepszym! Jeśli ktoś (tak jak ja) czerpie z niej przyjemność, powinien uważać się za największego szczęściarza pod słońcem. Usłyszałam dzisiaj, że w pewnej firmie produkującej - eufemistycznie mówiąc - średniej jakości meble dla szwedzko-polskiej sieci handlowej wzięcie jednego dnia wolnego od pracy wiąże się z utratą... wszystkich potencjalnych dodatków do pensji w skali roku.

Zdjęta dziś z anteny reklama Heyah, która oburzyła rzesze internautów powinna kazać nam wszystkim zastanowić się nad tym, czy jej twórca w trzydzieści sekund nie zdiagnozował polskiego społeczeństwa. O ile idea "wszystkiego wszędzie wszystkim, po równo i za darmo", którą tak chętnie posługują się wszystkie sieci komórkowe nawiązuje zaiste do szczytnych haseł marksizmu, o tyle posłużenie się wizerunkiem największego kata w dziejach ludzkości słusznie obudziło czujność Polaków. Ale może jest jakieś usprawiedliwienie dla tego marketingowego zabiegu?

Kampania miała mieć wydźwięk humorystyczny - tłumaczył się autor spotu, który pewnie dzisiaj znalazł na biurku list pożegnalny od szefa zatrudniającej go korporacji. Zaiste czarny to humor porównywać wolne przecież i demokratyczne społeczeństwo do takiego, w którym za samą znajomość zasad demokracji groziła zsyłka na roboty przymusowe.

Kiepski to żart, kiedy ludzie pracujący w zagranicznych korporacjach zestawiani są z katorżnikami. To społeczeństwo, które może robić zakupy wszędzie i jadać smażone w głębokim tłuszczu wołowe ścierwo w dowolnie wybranych restauracjach szybkiej obsługi nie może być przecież porównywane z tymi, którym za dzienną rację żywieniową musiało starczyć 450g chleba. Nie sposób przyrównywać narodu, który ma dostęp do (o ironio) telefonów, gazet i internetu do ludzi, którym za samo posiadanie części do radioodbiornika groziło dziesięć lat na Kołymie.

Słaby to żart - żart z Lenina... O nie. Żaden karzeł komunistycznej myśli filozoficznej nie wykazał się większym poczuciem czarnego humoru niż przewodniczący Wladimir Iljicz Uljanow. Żaden z bieżących rządów nie dorówna jego pomysłowości.

Chwalić niebiosa, prorokiem naszych czasów nie jest Lenin. Prorokiem naszych czasów jest klaun wykreowany przez Sachę Barona Cohena. I to jego wizerunek bardziej pasowałby do każdej reklamy emitowanej w kraju stojącym demokracją i zdrowym kapitalizmem. Jest taka scena w Dyktatorze. Aladeen staje na przeciwko światowych przywódców i nie może się nadziwić, dlaczego tak bardzo sprzeciwiają się dyktaturze. I tak przekonuje słuchaczy o jej wyższości nad demokracją: Przecież żyjąc w kraju totalnego reżimu mogliby pozwolić jednemu procentowi jego mieszkańców posiąść dobra całego narodu. Mogliby pomóc swoim bogatym przyjaciołom jeszcze bardziej się wzbogacić poprzez zmniejszanie podatków. Żyjąc w kraju rządzonym przez dyktaturę mogliby zapomnieć o zapotrzebowaniu obywateli na opiekę medyczną i edukację. Mogliby też zapomnieć o walce z biedą. W takim kraju media wydawałyby się wolne, ale tak naprawdę byłyby zarządzane przez jedną osobę, ewentualnie jej rodzinę. Można by też było podsłuchiwać rozmowy telefoniczne i znęcać się nad więźniami. Ustawiać wybory. I podawać fałszywe przyczyny wypowiadania wojen. Więzienie można by było zapełnić dowolnie wybraną grupą przestępców i nikt by nie protestował. Wreszcie żyjąc w dyktaturze można by wykorzystać media do manipulowania społeczeństwem i zastraszania go.




poniedziałek, 17 grudnia 2012

Na zachodzie bez zmian

- Ej, Michael Jackson nie żyje - powiedział 25 czerwca 2009 roku mój brat. W mieszkaniu przy ulicy K. trwała impreza zasilana kawałkami z You Tube, kiedy któraś z otwartych witryn internetowych wypluła informację o tym, że w Los Angeles król popu oddał ducha.
- Ta, jasne, nie żyje - rzucił ktoś w iście imprezowym nastroju.
- No poważnie - zapewnił W. i wszyscy rzucili się do monitora szukając potwierdzenia w tłumaczonych na szybko newsach z amerykańskich serwisów informacyjnych. W ten właśnie sposób utwierdziliśmy się w przekonaniu, że ktoś, kto był i jest, nie zawsze będzie.
Michael Jackson był mistrzem w swoim fachu. Każda jego piosenka zaplanowana jest tak, by w słuchaczu wywoływać konkretne emocje. Jak reklamy McDonald's.

Chociaż lubię wszystkie, moim ulubionym utworem Jacksona jest Earth Song. To smutny jak przemówienie Baracka Obamy kawałek składający się z serii pytań o to, co zrobiliśmy z Matką Ziemią. I czy straciliśmy zaufanie słoni. Zabawne, prawda? Kto by się przejmował losem jedynych ssaków, które nie potrafią skakać, kiedy właśnie wyszedł nowy model super smartphone'a? Zresztą nic nie upoważnia mnie do robienia społeczeństwu wykładów na temat słoni, bo jedyne, które widziałam, to te w poznańskiej słoniarni. Śmierdzące i zajęte przeżuwaniem melonów. Naprawdę nic atrakcyjnego.

Dzisiaj najszybciej rozwijającym się krajem na świecie jest Brazylia. Nikogo nie obchodzą liczby, bo trudno je zapamiętać, więc nie ma sensu się nimi posiłkować. Poparty gorącym aplauzem całego świata rząd Brazylii zapowiedział, że w ciągu najbliższych dekad ma zamiar stać się światową potęgą. Że chce daleko w tyle zostawić Chiny, Indie, a przede wszystkim zagrać na nosie Stanom Zjednoczonym. Oczywiście ma do tego prawo, bo w końcu miarą każdej cywilizacji jest rozwój. W imię tego rozwoju każdemu obywatelowi należy zagwarantować dostęp do internetu i kilkadziesiąt metrów kwadratowych na własność. W imię tego samego rozwoju należy każdemu obywatelowi zapewnić komfort robienia zakupów w klimatyzowanych centrach handlowych, w których będą mogli nabyć tak luksusowe dobra jak t-shirty z Tajlandii i szorty z Pakistanu. Dbałość o dobro obywateli będzie się oczywiście odbywać w duchu slow motion, eco life, bio cottonlow carbon emission. W tym samym duchu powstaną obiekty sportowe i stadiony mające służyć mundialowi i igrzyskom. I w tym samym Brazylijczycy wybudują trzecią pod względem wielkości na świecie zaporę i elektrownię wodną. Energia będzie w niej produkowana w sposób najdłużej znany cywilizowanej ludzkości.

Zdarza się często, że myśl ekologiczna jest źle interpretowana. Ekologom zarzuca się stawianie dobra zagrożonych gatunków ponad dobro człowieka. Tymczasem żadna żaba, żaden żbik, ani nawet słoń nie są i nigdy nie były ważniejsze niż człowiek. Wszak nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Podobnie nie pora niepokoić się endemicznym gatunkiem storczyka, gdy mieszkańcy Augustowa nie mogą spokojnie przejść przez ulicę do sąsiada. I nie czas żałować amazońskich plemion, gdy koncerny mogą zarobić miliardy. Że 400 000 hektarów lasu po prostu przestanie istnieć - nic to. Że buldożery pożrą kultury, o których świat nie ma pojęcia - nic to. Że ryk maszyn zagłuszy rozpacz tubylczych plemion, które skazuje się na zagładę - nic to. Że wbicie łopaty w pierwszy z czterech tysięcy kilometrów kwadratowych ziemi dla wielu stanie się prawdziwym, zapowiedzianym przez przodków, końcem świata - nic to.

Głupi i pazerny jest człowiek. W swoim własnym imieniu ogołocił z drzew Wyspy Brytyjskie. Głupi i pazerny ten, który wyciął ostatnią akację w Dalmacji. Głupi, który przyłożył siekierę do lasów Sahary. Głupi, który w swoim własnym imieniu osuszył Jezioro Aralskie tak, że dziś po jego dnie można przejść suchą nogą. Głupi, co wypalając lasy palmowe na Borneo zmusza do panicznej ucieczki jedyne oprócz słoni zwierzęta, które, tak jak człowiek, potrafią płakać. Człowiek nie rozumie, że matka jest tylko jedna. A głupim czyni go to, że wciąż próbuje ją oszukać.

(Kończę ten list słuchając Jacksona. They dont' care about us. Teledysk dzieje się w Brazylii. To tyle).

środa, 28 listopada 2012

Aurea dicta my ass

Podobno jestem chodzącym cytatem. Ok. Kupiłam ostatnio Białą Księgę Kultu, więc byłabym teraz gotowa z samych tylko cudzych myśli złożyć zjadliwą tyradę na temat tego, dlaczego bycie chodzącym cytatem jest najlepszą z dostępnych człowiekowi opcji na tym łez padole. Swoją opinię zamknę jednak w skromnym jesteś tym, co czytasz. Analogicznie więc: czytasz Platona-jesteś Platonem. Czytasz Cosmo-cóż...Oczywiście (uwaga, cytat!) każdy kij ma dwa końce, więc z całą światłością stwierdzam, że czytasz to, kim jesteś. Polecam chwilę o tym pomyśleć.

Refleksja nad jednostką, która tyle razy przewijała się przez te strony to nic innego jak dłubanie w księgach, kolekcjonowanie cytatów właśnie i zagadywanie ludzi na śmierć. Mamy ostatnio z R. taki piękny zwyczaj. Zasiadamy przed TVP Kultura i maglujemy teatry telewizji. Bo to nieprawda, że w tv nic nie ma. Jest, tylko trzeba poszukać. No więc zasiadamy obłożone słownikami, podręcznikami i internetem, i pochylamy się nad dramatem jednostki (bo w końcu na deskach gra się dramat). Nawet się ostatnio dałam skusić na interpretację Dostojewskiego, chociaż wszyscy wiedzą, że jestem tradycjonalistką i dochowuję wierności tylko Fiodora wersjom drukowanym, amen. A R. się dała namówić na współczesną wersję Macbetha, chociaż to ja jestem większą fanką bezwzględności i bezczelności Shakespeare'a. Więc tak sobie oglądamy i wiecie co? Ja z tego wszystkiego coraz mniej rozumiem. Poważnie. Rzeczy oczywiste przestają takie być. Mnożą się postawy, opinie, oceny. Gromadzą się warstwami argumenty za i przeciw. Po długich dyskusjach zapadają bezwzględne wyroki. Z całym przekonaniem skazujemy bohaterów na śmierć albo okazujemy im łaskę. Dajemy im obowiązki i odmawiamy pewnych praw. Nakładamy na nich odpowiedzialność. A oni na nas. I tak w naszym domu panują ciche dni wokół puszki z zupą Campbella przywiezionej przez J. zza oceanu, bo ja nie lubię Warhola, a R. przeciwnie, ale puszką jakby trochę jednak gardzi ponad nią stawiając całą warholowską filozofię bytu, której ja nie rozumiem i zrozumieć nie chcę. I tak Świetlicki stał się członkiem naszej rodziny, i Bursa. Bo przed wyjściem do pracy czytamy losowo wybrany utwór i burzliwie omawiamy, jak w szkole.
A nasz apetyt rośnie w miarę jedzenia. I już jest nie tylko nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka. Już jest nie czytasz, nie siadam z tobą przy stole, nie idę z tobą na spacer, nie pamiętam twojego imienia. Takie sobie mam ostatnio życie, o.

A więc KULTywując cytatową tradycję posłużę się słowami Staszewskiego. Jak powstają twoje teksty - gdy mnie ktoś tak spyta, zak*rwię z laczka i poprawię z kopyta. 

Z harcerskim pozdrowieniem, p.

środa, 14 listopada 2012

Pulp fiction

Krystyna Janda mówi mi jakiego kremu mam używać. Chociaż może jeszcze nie do mnie to mówi, ale do mojej matki, bo przedział wiekowy podobny. W każdym razie mówi to ta sama Janda, która w Różowych tabletkach na uspokojenie pisała, że rano decyduje, czy dziś udaje kobietę, czy zostaje facetem i że to wszystko zależy od trudności i komplikacji dnia. Ta Janda, która obok Marii Peszek i Katarzyny Nosowskiej w tym całym światku splendoru i czerwonych filcowych dywanów była dla mnie jedną z niewielu bab z krwi i kości.

To nie koniec. Bogusław Linda podsuwa mi na ekranie Geriavit Pharmaton, a Piotr Adamczyk wciska kredyt gotówkowy pod wszystko mówiącą nazwą chciałabym, chciała. Wszyscy naraz, jakby się zmówili. Czy warte to wszystko, by czynić upadek? 

Ja wiem, za coś trzeba jeść. Ale żeby do pensji z teatru i serialu telewizyjnego dorabiać w reklamie pasztetu? Włączyłam dzisiaj telewizor i trafiłam na Jasminum. Akurat na fragment, w którym Linda w świetle czerwonych jarzeniówek kocha się z kobietą. Popatrzyłam przez chwilę, a potem pomyślałam geriavit i z obrzydzeniem wyłączyłam telewizor.

Meksyk odlicza dni do końca świata (fot. Samuel Pérez)
Pamiętam swój pierwszy kontakt ze światem mediów. Byłam jeszcze w podstawówce. Dziadkowie zabrali mnie na wczasy do Trójmiasta. Trwał Jarmark Świętego Dominika. To tam wykiełkowała moja miłość do jarmarcznej rzeczywistości, cukrowej waty i plastikowej biżuterii. Na scenie ustawionej przy Długim Targu trwała impreza prowadzona przez gwiazdy polskiej telewizji. I te gwizdy w którymś momencie zeszły ze sceny i usiadły w pierwszym rzędzie, na drewnianych piknikowych krzesełkach. Oczy mi się zaświeciły, bo oto przemiłe, sławne panie ze szklanego ekranu zstąpiły na ziemię. Babcia, która zawsze popycha mnie w słusznym kierunku, zauważywszy moją reakcję powiedziała no, idź, porozmawiaj sobie z nimi. Poszłam z odwagą dziesięciolatka i dumnym uśmiechem na twarzy. Dzisiaj oglądam te panie w reklamach tabletek na nietrzymanie moczu.

S. Donosi z Meksyku, że jest na konferencji w - jak to ujął - krainie Majów. I że aż tam gęsto od ludzi wyglądających końca świata. Że jest wieża Babel, bo jak się przechodzi to słychać wszystkie języki jakimi włada ludzkość. Oni uwierzyli w globalne ocieplenie, susze, huragany i powodzie. Oni odliczają dni do wielkiego bum. Zastanowiłam się nad tym trochę dłużej i doszłam do wniosku, że życzę im, aby się tego bum doczekali. Serio.

"Już kończę ten list, listopad 1993".


niedziela, 11 listopada 2012

PL 2.0

Metr bieżący Polski kosztuje 14zł. Przekonałam się o tym przechodząc niedawno obok sklepu bławatnego (cóż za piękny termin). Na szerokim parapecie siedziało dwóch mętów. Pani ładna, pani da dwójkę na wino. Spojrzałam na belę biało-czerwonego materiału za szybą, za ich plecami. Metr bieżący Polski - dwa wina, paczka Marlboro.

Moja polonistka z gimnazjum mówiła, że dawniej w Dniu Niepodległości nie wolno było nawet przyszyć oderwanego od koszuli guzika, bo to praca, a w tym dniu pracować nie wolno. Polonistka nie żyje już trzeci rok, a ja w każde święto wspominam jej słowa.

Tani ten nasz kraj. Z roku na rok coraz tańszy. Tanie spory o wódkę przelaną w PZPNie, tanie kłótnie o aborcję i tupolewa. Godność ludzka tak tania, że już nawet nie opłaca się o niej rozmawiać. Ciocia R. poszła dziś do pracy. Bo w aptece trzeba zrobić inwentaryzację. Bo właściciel otwiera kolejny, piętnasty już oddział. Dlatego w święto narodowe koniecznie trzeba policzyć, ile na półkach jest aspiryn, prezerwatyw i gripeksów. A zbuntować się nie wolno, bo na pani miejsce jest wielu chętnych, pani magister.

Wielu chętnych jest też do pracy w korporacjach. Zawsze, kiedy w niedzielę wracam do miasta P., melduję babci przez telefon, że bezpiecznie dotarłam do domu. Zawsze skrzętnie ukrywam informację, że mijam nocne sklepy z mlekiem i patrzę, co się dzieje pod sklepem, bo babcia zna inną Polskę, bez poweekendowego krajobrazu. I zawsze na pytanie, czy jestem w domu z R. odpowiadam nie, R. jeszcze w pracy. Jak to? W niedzielę? tradycyjne zdziwienie w słuchawce. R. nie pracuje na pogotowiu, w straży pożarnej, ani na policji. Pracuje w sklepie z meblami i gdyby ten sklep otwarty był jedenastego listopada, ludzie waliliby do niego drzwiami i oknami. To samo robią w Wigilię Bożego Narodzenia.

Mój prywatny rytuał Dnia Niepodległości został w tym roku przyspieszony przez radiowców z Trójki. Trzy dni temu w drodze do pracy usłyszałam jak Katy Carr na antenie na żywo wykonuje moją ulubioną kołysankę z playlisty na 11.11. Kołysanki - tak sobie nazywam wszystkie pieśni patriotyczne, które mama śpiewała, kiedy byłam małą dziewczynką. Mówi, że innych nie znała. Więc w tej Trójce Brytyjka polskiego pochodzenia bierze w ręce ukulele i przejmującym głosem śpiewa Dziś do ciebie przyjść nie mogę. I w korku, w którym tkwię na ulicy Królowej Jadwigi robi mi święto.

PS Moi sąsiedzi urządzają remont. Od rana słucham, jak walą młotkiem w ściany. Cóż ...gdy ta Święta, nareszcie zjednoczona, świtać światu będzie, to wszyscy Jej synowie, po świecie rozsiani, w Niej swe miejsce odnajdą. To Mościcki. Do państwa spod dziesiątki, co to odnaleźli swoje metry Polski. Nie bieżące, kwadratowe.

sobota, 3 listopada 2012

redukcja

Belgowie wynaleźli niebo. Tamtejszy producent nagrobków postanowił umieszczać na płycie magiczny kod. Po jego zeskanowaniu uzyskuje się dostęp do strony internetowej, na której umieszczone są zdjęcia, filmy, teksty i inne wirtualne pamiątki po zmarłym. Jak wiadomo w internecie nic nie ginie i nic nie umiera, więc w ten właśnie sposób tworzy się wieczność. Kiedy to wczoraj usłyszałam w radio, którego program w 1/2 składa się z reklam wiercących mi dziury w mózgu, miałam ochotę z krzykiem uciec z miejsca, w którym akurat byłam.

Nie jestem dostosowana do czasów, w których żyję. Trzeba w końcu przyznać się do tego publicznie. Staroświecką trwogą napawa mnie świadomość tego, że wszyscy jesteśmy śledzeni, obserwowani i kontrolowani. W swoim pierwszym telefonie komórkowym dla zabawy ustawiłam kod PIN 1984. Dziś już mnie to nie bawi, a ile razy sobie to przypomnę, myślę "Orwell, ty draniu".

Z innych klasyków po głowie tłucze mi się ostatnio całymi zwrotkami "Hymn" Słowackiego. Taki doskonały... wrósł w mózg. Bez zbędnych kodów do skanowania. Niby pisany o zachodzie słońca na morzu przed Aleksandrią, 19 października 1836 roku. A żywy jak nigdy.

p.

poniedziałek, 1 października 2012

Diabeł stołuje się u Prady

Nigdy nie przestanie być dla mnie tajemnicą, jakim cudem Carrie Bradshaw z Seksu w Wielkim Mieście mogła sobie pozwolić na paskudne Manolo Blahniki pisząc jeden felieton w tygodniu. (Choć chyba miało to jakiś związek ze spłacaniem kredytów kolejnymi kartami kredytowymi). Tej soboty przed modowym faux pas ustrzegła mnie rodzona matka. A było to tak...

Wkroczyłyśmy w dobrze zaplanowaną przez ludzi od marketingu przestrzeń dyskontu spożywczego dzierżąc w dłoniach listę zakupów sporządzoną zamaszystym pismem babci. Już ode drzwi postanowiłyśmy, że się rozdzielamy, więc mama poszła na nabiał, a ja oddałam się nowej pasji polegającej na pakowaniu zgrzewką wody mineralnej albo dwoma. Sztuka nie lada, bo podłoga w sklepie arcyśliska i trzeba uważać, żeby zbyt gwałtownie nie pakować gazowaną. Spotkałyśmy się chwilę później, ja po rozgrzewce, mama po nabiale, na dziale mięso/wędliny/drób (klasyka). Ustawiłam się w kolejce (lub jak kto woli w ogonku) obok rodzicielki i widzę, jak porozumiewawczo stuka palcem w szybę. Spójrz tu - oznacza pukanie, więc pochylam się nad asortymentem. Proszę bardzo. Szynka PRADA, 49,99zł/kg. Oczom nie wierzę. Proszę mamę o telefon, bo moim się zdjęć robić nie da (tak, wiem, to niewyobrażalne dla trzech czwartych społeczeństwa) i próbuję złapać w kadr kawał mięcha. Z trudem opanowując śmiech zwalniam spust migawki. I właśnie w tym momencie rozlega się nad nami głos kierowniczki działu mięso/wędliny/drób (klasyka).

Chcąc nie chcąc bierzemy udział w parafrazie sceny z Misia (tej, co to "gdzie mnie pan z tymi kłakami, to jest kiosk ruchu, ja tu mięso mam" itd.). Że tu sklep spożywczy, a nie fotograf. Że własność prywatna i zdjęć nie wolno. Że proszę wyłączyć aparat, bo zawołam kierownika i że w regulaminie sklepu stoi jak wół (albo wołowina) napisane "Zakaz fotografowania", jak nie wierzą, niech idą przeczytać. Dobra, dobra łagodzi mama i dla świętego spokoju zamawia kilka plasterków od Prady, a kiedy proponuję zapytać, czy ta szynka to ze zwierzątek odartych ze skóry na potrzeby szycia futer, mówi, żebym dała spokój (Daj spokój...). Tym samym właśnie ratuje mnie od modowego faux pas. Bo przecież Prada szyje z poliestrów, a nie z norek.

Głupie czasy. Ksiądz z Syberii przybył wczoraj na placek z jabłkami.  Mówił, że zimno i że bieda straszna, a Stalina to tam, panie, własną piersią bronią, bo Stalin, jak Lenin, wiecznie u nich żywy. Mówił, że ludzie mili, a ziemie wokół Bajkału to już dawno wykupione przez Moskwę pod infrastrukturę turystyczną. Mówił, że czniają Unię Europejską. Ewropa ich w ogóle nie obchodzi, bo po co im nasze zakłamanie i degeneracja? Na końcu powiedział, że najlepiej w Irkucku idą kanapki z Subway'a. (Zażartowałabym, że to po naszemu znaczy z metra, ale jakoś tak zbieżność z Runway'em sama mi się narzuca). Boże, dopomóż, byśmy nigdy nie uznali za godne płacić trzy dychy za kanapkę z szynką. Nawet od Prady.

sobota, 22 września 2012

Jestem słoniem

Pamiętam swoją pierwszą konfrontację z twórczością Magika. Byłam niepewną siebie dziewczynką z krzywym zgryzem i za dużym jak na swój wiek biustem, w sztruksowych spodniach i wpędzającą mnie w kompleksy wadą wzroku. Kolonie w górach. Magika przyniósł mi Michał. Nie pamiętam nazwiska. Pamiętam, że od tamtego momentu przez trzy tygodnie patrzyłam w niego jak w obrazek. Obsesyjnie rysował charakterystyczne, kalibrowe 44 wszędzie gdzie się dało. Nawet na stołówkowych serwetkach.
Któregoś dnia Michał postawił mnie na bramce, bo brakowało chłopaków do składu drużyn piłkarskich. Byłam wtedy kiepskim bramkarzem. Ktoś, chyba mój brat, zarzucił mi, że trzymając rękę w kieszeni wiele nie obronię. Michał przerwał grę i podszedł do mnie. Odbyliśmy taki dialog:
M. - Trzymałaś rękę w kieszeni?
P. - Noo... Tak mi jakoś wygodnie.
M. - Skoro tak, to włóż i drugą.
Wrócił na boisko, kazał wszystkim grać dalej, a ja się pierwszy raz w życiu zakochałam.
Dzisiaj jestem lepszym bramkarzem. I na pamięć znam Konfrontacje. Pomyślałam o Michale miesiąc temu, kiedy dziewięcioletni dzieciak przyszedł do mnie i zapytawszy, czy znam to, zaczął rapować Ja to ja, a potem Chwile ulotne. Szacunek przemieszany ze zmaterializowaną niemal dumą z dzieciaka. Czy znam to? Przybij piątkę, młody, cholera jasna! Będą z ciebie ludzie. A potem nastąpił wykład o Kalibrze i Paktofonice. No pewnie, że nagrali tego więcej, ale jeszcze nie możesz słuchać, bo jesteś za mały. Dlaczego już nie nagrywają? Bo, wiesz, Magik się zabił. Wyskoczył z okna. Komentarz młodego był jednosłowny. Szkoda.
Widziałam Jesteś Bogiem. Nie podejmę się recenzji. Żyję w czasach, w których ukrzyżowaną żabę uważa się za sztukę i dyskutuje nad sensem cenzury. Stworzyć dzieło, które przerasta i zatrważa samego autora, które zmienia bieg ludzkich historii - to jest wyczyn. Stworzyć je w warunkach ohydnej, szarej, smutnej i nudnej jak flaki z olejem polskiej rzeczywistości. Stworzyć je mając cztery pięćdziesiąt w kieszeni. Do kina, marsz.

poniedziałek, 17 września 2012

Tako rzecze Kamasutra

Poszłam dzisiaj do Tesco kupić nowe wiadro na śmieci, bo w przypływie fantazji R. pozbyła się starego, rzekłabym, przedwcześnie. Mam ambicje być teraz perfekcyjną panią domu (bez domu), brak wiaderka uznałam więc za klasyczny przejaw chaosu i postanowiłam, że za moją sprawą stan ten ulegnie zmianie.
No więc wybrałam wiadro, czerwone, z pokrywką. Dobrałam doń nawet zestaw worków, na podobieństwo prawdziwej kobiety dobierającej torebkę do butów. Jako, że nie lubię spędzać za wiele czasu w hipermarketach zaraz potem obrałam kurs na samoobsługową kasę, ale przecież nie byłabym sobą, gdybym nie urządziła przystanku w sektorze z książkami. Przejrzałam ofertę, uznałam, że nie ma w niej nic, czego by brakowało w mojej biblioteczce. Jako (przyszła) perfekcyjna pani domu jestem zaopatrzona we wszystkie kulinarne książki tego świata (w rodzinnym zbiorze pojawiła się ostatnio kuchnia rumuńska). Przewodniki po wszystkich strategicznych miejscach świata też już dawno zgromadziłam (chociaż po Malcie chętnie przygarnę). Już miałam opuścić księgarniany sektor, kiedy oczom moim ukazało się wydawnicze dzieło wszech czasów. Zamarłam. Oto między kieszonkową wersją Kamasutry, a Zdrową Ciążą stało przede mną literackie zbawienie ludzkości, antidotum na wszelkie klęski, kryzysy. Nowy podręcznik Donalda Tuska! MacGyver, Johnny Bravo i Superniania w jednym. "500 sposobów radzenia sobie ZE WSZYSTKIM"!
Rzuciłam wiadro i porwałam tę księgę ocalenia w nadziei, że oto znalazłam odpowiedź na WSZYSTKIE życiowe problemy, począwszy od tych związanych z zawartością portfela, skończywszy na konflikcie w Syrii, alleluja! Ręce trzęsą mi się z wrażenia, ale jakoś otwieram na mniej więcej środku... Strona zapaćkana piktogramami. W obrazkach zawarta odpowiedź na pytanie: jak umyć noworodka. Jadę dalej. Jak zaparzyć herbatę po tybetańsku? No brawo, sobie zaparzaj ze zjełczałym masłem i odorem moczu jaków, smacznego. Jak zrobić hamburgera? Jak podać wino, jak zorganizować piknik, przykręcić półkę, zrobić łuk z leszczyny. Jak zebrać wodę na pustyni. Jak urodzić dziecko, wychować sąsiada, pogrzebać zdechłego kota. Jak rzucić palenie, zawiązać węzeł windsorski, zdjąć prezerwatywę zębami.
Zatrzymałam się na stronie "jak przeżyć udaną randkę". Nie żebym się uważała za eksperta we wszystkich innych dziedzinach, po prostu tak wyszło. Seria fioletowych obrazeczków przedstawiała dwa ludzki. Na sześciu pierwszych wyginały się w różnych kierunkach. Na siódmym, ostatnim, też się wyginały, tyle że na czymś, co w zamyśle autora miało przypominać stół. Ludziki tańczą, a nie robią to, co czytelnikowi przychodzi na myśl po zestawieniu słów "randka", "stół", "wyginać się". Aha. Czyli teraz już wiem, co robiłam w czerwcu tego roku, w towarzystwie polsko-niemiecko-hiszpańskim, na stole bez butów. Byłam na udanej multi-randce!
Kiedyś wyczytałyśmy z N. w Bravo przepis na skuteczny podryw. Nie wiem jakim cudem gazeta wpadła w nasze, młodociane jeszcze, ręce, bo wszystkie znane mi wtedy matki kategorycznie odmawiały wydawania pieniędzy na taki chłam, a moja była w odmawianiu najgorliwsza. Przechodziło tylko Bravo Sport. W każdym razie przeczytałyśmy instrukcję, złożyłyśmy do kupy wszystkie mrugania, pomrukiwania, odgarniania włosów i suszenia zębów. I wyszło nam z tego połączenie epileptyka z paralitykiem i Ciasteczkowym Potworem.
Autor "500 sposobów radzenia sobie ZE WSZYSTKIM" powinien dopisać dla mnie 501. Jak radzić sobie z dotrzymywaniem postanowień z dzieciństwa o nieczytaniu pierdół.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Bóle fantomowe

Spot Summer Paralympic Games London 2012 wyemitowany przez firmę Samsung jest podręcznikowym przykładem reklamy emocjonalnej. Podobnie zresztą jak wszystkie sportowe materiały, które wzbudzają we mnie zachwyt ostatnimi czasy. Od adidasowej propagandy, po dziecięcą eskortę McDonald's. Ośmielam się jednak stwierdzić, że spot SPGL2012 nie jest dla przeciętnego widza wzruszający dlatego, że przeciętny widz kocha sport i rywalizację, ale dlatego, że uświadamia on sobie, iż jego samego też byłoby stać na podobne dokonania, gdyby mu się odrobinę bardziej chciało. Zresztą przecież wysiłek, który paraolimpijczycy wkładają w treningi jest wielokrotnie większy niż w przypadku pełnosprawnych sportowców i chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego.

Telewizja Polska zamiast transmitować wczoraj otwarcie SPGL2012 uraczyła widzów, w tym również mnie, Superpucharem Hiszpanii. Poza wszystkim zamiast go oglądać, mogłam równie dobrze wgapiać się w lustro, bo - jak stwierdził M. - oglądanie mnie to większa przyjemność niż oglądanie CR7 i Messiego. Nawet jeśli M. nie miał racji, jest coś, co mnie do chłopców z Realu i Barcelony jednak zbliża. W kontekście paraolimpiady. I ja, i oni mamy wszystkie kończyny. I jest to jedyny argument, dla którego przyjemniej się na nas patrzy. Oczywiście, że oglądalność PL2012 nie utrzymywałaby się na poziomie biegów Bolta. Bo ludzie z reguły nie chcą oglądać tego, co niepełne, niedoskonałe, ułomne, kalekie. Zwłaszcza, że żyjemy w czasach takiej chorej Sparty, w której już nie oko, a ciało jest zwierciadłem duszy. Przynajmniej w pojmowaniu ogółu.

Nie jest to jednak historyjka o tym, jak to powinno się kształtować wrażliwość społeczną poprzez pokazywanie wyścigów kolarskich zawodników z jedną nogą, czy transmitowanie dokonań niewidomych łuczników. Proponuję techniczne podejście do sprawy. Słowo zawodnik zawdzięcza pochodzenie słowu zawód i to własnie pojechali robić paraolimpijczycy do Londynu - uprawiać swój zawód. Odłóżmy na bok opowieści o odnajdywaniu sensu życia, powrotach do normalności, samozaparciu i dyscyplinie przywracającej psychiczną równowagę po amputacji kończyn. Zapomnijmy na chwilę o chęci pokazania światu, na co stać człowieka bez ręki, wstrzymajmy okrzyki zachwytu nad Pistoriusem. Reprezentanci Polski pojechali do Londynu uprawiać swoje zawody, dostają za to pieniądze, muszą pozyskać sponsorów, spać w Sheratonie pod groźbą grzywny... niekończąca się litania nie różniąca się praktycznie niczym od tej, którą należy odmówić na okoliczność normalnych igrzysk. Różnica może taka, że niepełnosprawni sportowcy przywożą więcej medali niż ci z parzystą ilością i rąk, i nóg.

Skoro już zostało ustalone, że sportowcy w szytych na miarę koszulkach z orzełkiem na piersi przebywają w Londynie w określonym celu, teraz należy zadać pytanie, co robi Telewizja Polska w ramach wykonywania swojego zawodu? Bo w ściśle określonych dokumentach jasno stoi, co telewizja powinna. Na przykład powinna rzetelnie informować widzów o przebiegu życia społecznego, udostępniać dobra kultury i sztuki. A czy sport nie jest dobrem kultury? Jest. I z pewnością społeczeństwo zostanie o dokonaniach w tej dziedzinie poinformowane w serwisie sportowym po głównym wydaniu Wiadomości. Wystarczy? Zdaniem osób podejmujących decyzje na najwyższym szczeblu tak. Tymczasem Summer Paralympic Games London 2012 transmitują telewizje: chińska, fińska, włoska, singapurska, nowozelandzka. Ich przebieg będzie można śledzić na brytyjskim kanale czwartym, japońskim NHK, hiszpańskim RTVE. Kto korzysta z dobrodziejstw platformy z dostępem do Channel4 ten może będzie miał szczęście obejrzeć choć część wspaniałego, zawodowego widowiska sportowego.

Nowa ramówka Telewizji Polskiej zostanie od września wzbogacona o nowe seriale. Będzie można śledzić losy blondynek, zakonnic, mnichów, klanów i lekarzy. Tam wszyscy mają kończyny na swoim miejscu. W przerwie między kolejnymi odcinkami zostanie pewnie wyemitowana jakaś wzruszająca kampania o bezpańskich psach i dzieciach chorych na mukowiscydozę. A paraolimpiada? Cóż. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Podobno.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Zapiski na serwetkach hotelowych

Pani A. wtargnęła w poranną kuchenną rzeczywistość rozsiewając aromat podrobionego Opium YSL. Intensywny zapach piżma i goździków zawisł na chwilę w gęstym upale, gryząc się z wonią wszystkich zapachów, jakie generuje kuchnia o pół do ósmej rano: jaja na twardo, pomidor, parzona kawa...
Panią A., której woń perfum osiadała leniwie na chromowanych blatach nurtował tylko jeden problem. Dlaczego ludzie zamiast wyrzucać do kosza puste butelki, wkładają je do hotelowych szaf? Problem pani A. jest zrozumiały, wszak od rana do wieczora sprząta hotelowe szafy i łóżka, i kosze na śmieci. I zawsze to samo. Czy się ludzie nie mogą nauczyć - zastanawia się pani A. Ano widocznie nie mogą, należy się z tym pogodzić.
Mnie nurtuje zgoła odmienna sprawa. Jaką drogą dwoje ludzi dochodzi do tego momentu życia, w którym przez tydzień zamienia się przy śniadaniu najwyżej jedno zdanie? A nie jest to milczenie swobodne. Nie jest to milczenie konstruktywne, na które można zareagować jednym z ulubionych pytań mojego dziadka. O czym tak milczysz? Nie. To milczenie-świadectwo. Bezlitosne świadectwo tego, że coś komuś nie wyszło. Bardzo.
Afera się zrobiła, że Polacy niewyedukowani. A kto tu, panie, dzisiaj ma czas książki czytać i telewizję oglądać? Co zrobisz, kiedy przeciętne dziecko na książkę reaguje jak na szpinak? Co zrobisz, kiedy trzeba kupować, sprzedawać, na Allegro transakcje, na wczasy last minute. Nie ma czasu na rozmowy, czytania, oglądania. "A przecież poznawanie świata zakłada wysiłek i to wielki, pochłaniający człowieka", pisał mój idol, wywołany dzisiaj do tablicy. Poznawanie człowieka również. To dla mnie ostatnio jedyna rzecz, dla której warto się wysilać i spalać. Cała reszta w ostatecznym rozrachunku nie ma znaczenia. Po prostu. Nie mają znaczenia wesela, na których mnie nie będzie, wyjazdy bez mojego udziału, prace, których nie dostanę, ludzie, którzy zechcą mi dopiec. Wszystko to nic mnie nie obchodzi. Zaciskamy zęby i robimy swoje, pani redaktor, póki jeszcze ciut się chce. (Zamiast minę mieć ponurą, skromniutko, ot, z Ameryk którą odkryjmy... Ewentualnie korzystając z recept Młynarskiego należałoby wyjechać w Bieszczady. Dobre i wykonalne).

Tymczasem karma wraca. Pan Prawnik napisał, czy mu narobię medialnego szumu w pewnej ekologicznej sprawie wokół budowy S8. Co? Ja nie narobię?

Z harcerskim pozdrowieniem spod Śnieżki, 
p.

czwartek, 9 sierpnia 2012

London2012 calling

Zawsze przy okazji wielkich turniejów, igrzysk, mistrzostw, rozgrywek ligowych i czego tam jeszcze polski naród podnosi nikomu niepotrzebny i nudny lament. Że znowu nie wyszło, że siatkarze beznadziejni, że szermierka do luftu, że biegają tylko czarni, że orzełek nie w tym miejscu, co trzeba. Niejeden jeszcze (mam nadzieję) przede mną bierny i czynny udział w imprezach FIFA, UEFA, MKOl, FIVB. Dlatego od wczoraj usilnie szukam drogi nabycia odporności na tak zwanych niedzielnych kibiców.

Zaangażowanie, z jakim rodacy komentowali wczorajsze wyczyny Bartmana, Winiarskiego i Nowakowskiego, było z pewnością godne lepszej sprawy, niż olimpijskie złoto. Najbardziej rozbawiło mnie, kiedy pewną panią zdziwiła obecność Ignaczaka na boisku. "Ojej. A kiedy go wpuścili?" No tak, wpuścili...

Oczywiście, że Polacy ponieśli wczoraj sromotną porażkę, oczywiście, że dostali łomot, oczywiście, że Sborna była lepsza, silniejsza, szybsza i bardziej agresywna. I oczywiście, że Jarosz mógł być częstszym gościem na boisku. Ale czy kiepska gra, słaba forma, zła kondycja psychiczna ludzi, którzy ciężko pracują na (przede wszystkim) swój sukces, to powód do nazywania ich niedołęgami i ślamazarami? Gdyby polscy siatkarze doszli do finału i walczyli o złoty medal, naród zaraz zawłaszczyłby sobie ich sukces. Bo nie od dziś wiadomo, że sukces ma wielu ojców. A i matka niejedna. "Zdobyliśmy złoto" krzyczałyby nagłówki gazet. A guzik zdobyliśmy. To nie my-społeczeństwo stawiamy się codziennie w pracy w spodenkach gimnastycznych. To nie nasze medale, podobnie jak nie nasz ból w plecach, naderwane mięśnie, połamane palce i tęsknota za rodziną. Za nazwiskami Błaszczykowskiego, Małysza, Żygadły i Majewskiego stoi niewyobrażalny wysiłek, na który może i stać przeciętnego Kowalskiego, ale przeciętnemu Kowalskiemu nie chce się nawet podnieść dupy z kanapy, a co dopiero naginać na trening, choćby amatorski.

Podczas turnieju Euro2012 na poznańskim stadionie miałam zaszczyt oglądać treningi wszystkich reprezentacji grających w stolicy Wielkopolski. Nie różniły się od siebie niczym, ani intensywnością, ani dynamiką, ani wykonywanymi ćwiczeniami. Może kolorem drabinek rozłożonych na murawie, na którą nie wolno mi było nadepnąć nawet jednym palcem. Powie ktoś, że pompa, że utopione miliony, że kryzys w budownictwie. Powie ktoś, że nasi reprezentanci lekką rączką wydali w Londynie państwowe pieniądze. Ale kto odważny przeliczy na złotówki emocje, entuzjazm i mobilizację wyzwoloną w tych kibicach, dla których sport nie jest samym tylko osiągnięciem celu, ale przede wszystkim dążeniem do niego?

Andrzej Strejlau na pytanie "Dlaczego w PZPNie jest taki burdel?" zadane przez gościa bez koszulki i w spranych trampkach, odpowiedział "A co? Chciałby pan coś zmienić?" "No przydałoby się". "To zapisz się pan do struktur okręgówki, może pan co zdziała". To dobry cytat na zakończenie z przesłaniem dla niedzielnych kibiców. Ale znalazłam lepszy.

Kiedy pewnego razu Aleksander Głowacki znany wszystkim jako Bolesław Prus w czasie pisania Lalki doznał niemocy twórczej - a trzeba wiedzieć, że pisał dzień po dniu w odcinkach, na bieżąco oddając redakcji rękopisy, których nikt nie kopiował - do jego drzwi zapukał zniecierpliwiony czytelnik. 
- Dlaczego pan zaprzestał pisania? - zapytał czytelnik swojego dostarczyciela emocji.
- Nie mogę - odpowiedział Prus.
- Jak to pan nie może! - zdziwił się przybyły.
- No po prostu nie mogę i już! - odparł mistrz pióra.
- To nie może być.
- Ano nie mogę. A pan zawsze może? To siadaj pan i pisz.

Szanowny niedzielny kibicu, czy i ty zawsze możesz? No to stawaj pan. I walcz.