Odmówili mi polskości. Zabrali dowód. Z mojego pokracznie używanego prawa jazdy wymazali PL. Paszport w zasadzie też mogę sobie w de wsadzić. Nie ma mnie, nie istnieję.
Jednym z pierwszych wierszyków, którego nauczyli mnie dziadkowie był ten zaczynający się od słów "Kto ty jesteś?". Lubię Słowackiego, Mickiewiczem nie pogardzę. Tydzień temu odwiedziłam grób Witkiewicza, też lubię. I hymn zaśpiewam, i na baczność stanę. Jak wchodzę do kościoła, to klękam przed sakramentem. Nawet księdza pozdrowię i z szacunku, i z uprzejmości, chociaż mi już nie zależy tak jak kiedyś. W mięsnym ustąpię miejsca w kolejce starszej pani, co czeka za kawałkiem wątrobianki. I w mleczarni kupię polskie masło, bo lubię. I schabowe polskie też lubię. Może mało wiem o Gierku, Geremku i Jaruzelskim. Ale za to się uśmiecham promiennie, jak ktoś z drugiego końca świata na moje "I'm from Poland" zakrzyknie entuzjastycznie "Ach, Poland! Walesa, Wojtyla, Polanski, right?".
Jak tak sobie jeżdżę po kraju i patrzę na pola, łąki żółto-zielone, na te chabry, maki, na lasy żywicą pachnące i rzeki ciężkie od ścieków, jak słucham od tych zagranicznych, że u nas to dobrze, bezpiecznie, że i transport miejski mamy, i opiekę zdrowotną jakoś nie najgorzej zorganizowaną, to w głowę zachodzę, co jest nie tak.
Słucham Polskiego Radia, chodzę polskimi ulicami, mówię, piszę, myślę, klnę po polsku. I w miłość też taką trochę polską wierzę. Choćby nie wiem gdzie mnie poniosło, kierunkowym przypisanym do numerów osób, które trzeba zawiadomić o mojej śmierci zawsze będzie +48. Moje najlepsze i najgorsze wspomnienia wiążą się z polską ziemią albo z ludźmi z polskim dowodem. Lubię szlifować brudne poznańskie chodniki, tak samo jak lubię śmieszne warszawskie metro. Kocham Kraków, nie znoszę Szczecina. Może nazwisko i imię mało polskie mam, ale moja rodzina przez lata zadbała o to, żeby znajomość ojczyzny i świadomość narodowa były czymś normalnym, przyrodzonym, pod skórę wszytym. Bliskim, ludzkim i powszechnym jak mycie zębów, a nie monumentalnym i dech zapierającym jak Jezus z Rio.
Nie zabierajcie mi mojego PL, tylko dlatego, że nie głosowałam na Jarosława. Że w oryginale napisałam ten tekst na kawałku Wyborczej w restauracji szybkiej obsługi, która serwuje drób ze stanu Kentucky.
Taką terapię proponuję: tolerancja przez oswajanie środowiskowe. Mój kuzyn jest gejem, mój sąsiad jest czarny, dziadek mojej dziewczyny był w partii, a ta młoda, co mi ustąpiła miejsca jak stałam po wątrobiankę, nie głosowała na Kaczyńskiego.
Wstaję rano, wypijam kawę, witam się ze sobą w lustrze i już jestem w drodze. Zatrudniona na pełnym etacie na stanowisku obserwatora. Z zamiłowania kolekcjonerka skrawków ludzkich historii.
środa, 28 lipca 2010
Pani Pomidorowa
Ja się może na tym nie znam. Ja może w stopniu niewystarczającym śledzę rynek reklamy i za rzadko oglądam telewizję, może w złych godzinach, nie wiem. Pewnie to tylko obserwacja prosta i niesprawiedliwa. Tak sobie patrzę na reklamy jedzenia, scenki w kuchni, obrazki szczęścia, dzieci karmione jogurtem i sokami pomarańczowymi, cuda na kiju i zupy w proszku, samogotujące się makarony, samozmywające się naczynia, śnieżnobiałe pranie, zawsze skuteczne tabletki od bólu głowy, zawsze pewne rozwiązania problemów z hemoroidami i prostatą.
Wynika z tego, że jeśli masz cycki i umiesz zrobić zakupy w super-hiper-biedronkomarkecie, twój mąż będzie miał ciepły, smaczny obiad, twoje dzieci - zdrowe zęby i kości, a twój pies przyniesie ci nie tylko kapcie i gazetę, ale też papier toaletowy.
Matko-Polko, pamiętaj! Apteki stoją otworem, pieluszki nigdy nie przemakają, kwiaty nie więdną, a piwo jest wiecznie schłodzone. Tylko idź do sklepu, kup jogurt i magiczną kostkę - obojętnie, toaletową albo rosołową - a wszystkie twoje problemy rozwiążą się automatycznie i zapomnisz o plamach.
A tak, bo to kobieta w reklamach sprząta, gotuje, pierze, prasuje, karmi dzieci i organizuje przyjęcia. Po tych ostatnich może też sobie sama pozmywać naczynia i wyprać dywany. W reklamie to kobieta musi dopilnować, żeby jej rodzina nie rozpadła się w drobny mak. Musi w taki sposób użyć ziarenek smaku, żeby zupa nie była za słona.
Tylko, że rodziny nie zakłada się z miłości do pomidorowej, choćby i dobrej, gorącej. Z miłości się zakłada.
Wynika z tego, że jeśli masz cycki i umiesz zrobić zakupy w super-hiper-biedronkomarkecie, twój mąż będzie miał ciepły, smaczny obiad, twoje dzieci - zdrowe zęby i kości, a twój pies przyniesie ci nie tylko kapcie i gazetę, ale też papier toaletowy.
Matko-Polko, pamiętaj! Apteki stoją otworem, pieluszki nigdy nie przemakają, kwiaty nie więdną, a piwo jest wiecznie schłodzone. Tylko idź do sklepu, kup jogurt i magiczną kostkę - obojętnie, toaletową albo rosołową - a wszystkie twoje problemy rozwiążą się automatycznie i zapomnisz o plamach.
A tak, bo to kobieta w reklamach sprząta, gotuje, pierze, prasuje, karmi dzieci i organizuje przyjęcia. Po tych ostatnich może też sobie sama pozmywać naczynia i wyprać dywany. W reklamie to kobieta musi dopilnować, żeby jej rodzina nie rozpadła się w drobny mak. Musi w taki sposób użyć ziarenek smaku, żeby zupa nie była za słona.
Tylko, że rodziny nie zakłada się z miłości do pomidorowej, choćby i dobrej, gorącej. Z miłości się zakłada.
wtorek, 13 lipca 2010
Wojny kartonowe
Sama ze sobą walczę, bądź udaję, że walczę o nową jakość. Moje imię to Chaos a nie Plan. Cyceroński tekst przykleił mi się do życia tak, jak przykleja się do buta niechciana guma do żucia. Omnia mea mecum porto i nic na to nie poradzisz. Może się przyzwyczaiłam, może już mi wszystko jedno, co mam w plecaku, co mam w torebce? Zawsze, głupia, popełniam ten sam błąd taktyczny. Nigdy nie sprawdzam, co stoi za drzwiami, co się czai w szafie. Kto mieszka za ścianą?
Z premedytacją, na kartonie, w którym przechowuję swoje dwadzieścia trzy lata życia, piszę jakieś "fragile", a przecież nie warto. Się czaić? Żeby co? Żeby się potem rozczarować z dystansu i powiedzieć sobie "no tak, my już tak mamy". Dzisiaj geograficznie uptown stało się downtown, szukajcie mnie w centrum. Chociaż w tym mieście to żadna różnica. Może tak jak w każdym? Może uptown od downtown różni się tylko ilością komarów latem i przejezdnością dróg zimą? Przecież ulice wszystkich miast nocą zlewają się w jedno.
Tłuką mi się po głowie jakieś pytania, po co, dlaczego, czy warto, czy jest sens jakiś, czy się obracać za siebie? Zaraz pojadę szukać na nie odpowiedzi, gdzieś na górskim szlaku, w kolejce na Giewont. W dorocznym rytuale nadjeziornego biwakowania z tymi, którzy są na wyciągnięcie ręki, nogi i kieliszka wódki, a których jednocześnie nie ma w ogóle i nigdy nie będzie. Zaraz pojadę, tylko trzasnę drzwiami, zabiorę swoje kartony, swój czarny kubek i nocną lampkę. Tylko oddam klucze i zapomnę kod do domofonu, żeby nikt nie miał złudzeń, że nie wrócę. Że nic nie tracę i niczego nie żałuję.
Że składam drukowanymi, bo mówić nie ma sensu: skandynawski dystans to ściema, a Ikea produkuje gówniane meble. Tanią podróbkę, namiastkę porządnego, dębowego stołu. Do drzwi z Ikea nie można zapukać o trzeciej nad ranem, na kanapie z Ikea nie wyflacza się swoich życiowych dramatów.
Twój dom jest tam, gdzie ci mówią, że jesteś w domu, durna pało, a nie gdzie ci się wydaje, że w nim jesteś.
Z premedytacją, na kartonie, w którym przechowuję swoje dwadzieścia trzy lata życia, piszę jakieś "fragile", a przecież nie warto. Się czaić? Żeby co? Żeby się potem rozczarować z dystansu i powiedzieć sobie "no tak, my już tak mamy". Dzisiaj geograficznie uptown stało się downtown, szukajcie mnie w centrum. Chociaż w tym mieście to żadna różnica. Może tak jak w każdym? Może uptown od downtown różni się tylko ilością komarów latem i przejezdnością dróg zimą? Przecież ulice wszystkich miast nocą zlewają się w jedno.
Tłuką mi się po głowie jakieś pytania, po co, dlaczego, czy warto, czy jest sens jakiś, czy się obracać za siebie? Zaraz pojadę szukać na nie odpowiedzi, gdzieś na górskim szlaku, w kolejce na Giewont. W dorocznym rytuale nadjeziornego biwakowania z tymi, którzy są na wyciągnięcie ręki, nogi i kieliszka wódki, a których jednocześnie nie ma w ogóle i nigdy nie będzie. Zaraz pojadę, tylko trzasnę drzwiami, zabiorę swoje kartony, swój czarny kubek i nocną lampkę. Tylko oddam klucze i zapomnę kod do domofonu, żeby nikt nie miał złudzeń, że nie wrócę. Że nic nie tracę i niczego nie żałuję.
Że składam drukowanymi, bo mówić nie ma sensu: skandynawski dystans to ściema, a Ikea produkuje gówniane meble. Tanią podróbkę, namiastkę porządnego, dębowego stołu. Do drzwi z Ikea nie można zapukać o trzeciej nad ranem, na kanapie z Ikea nie wyflacza się swoich życiowych dramatów.
Twój dom jest tam, gdzie ci mówią, że jesteś w domu, durna pało, a nie gdzie ci się wydaje, że w nim jesteś.
wtorek, 6 lipca 2010
Let the game begin, czyli piłka z głową
Powinnam ten post zostawić na deser po niedzielnym meczu, ale obawiam się, że Meisterstück Bastiana Schweinsteigera może mi zepsuć humor, więc zapostuję dzisiaj, teraz, zaraz, natychmiast. Ci, którzy czują klimat i śledzą nawet ów rzeczony majstersztyk, niech lepiej od razu przestaną czytać. Tacy, co czują klimat, niech biegną do sklepu po zestaw farb do twarzy, niech już malują flagi na policzkach. Niech wyciągają z szaf klubowe i narodowe t-shirty i świętują.
Kwestia skierowana jest do tych, którzy myślą, że nie ma nic głupszego niż podniecanie się dwudziestoma dwoma facetami uganiającymi się za piłką. Że poza tą dwudziestkądwójką jest jeszcze trzech kolesi z gwizdkiem, kilku na ławkach rezerwowych i całe tysiące na trybunach. Że jest jakiś spalony, którego nikt nie kuma, a celem jest trafienie do bramki i w zasadzie to na tyle. Ot i cały futbol.
Ja ze swojego stanowiska ośmielam się zaprotestować. Chociaż moja wiedza o klubach, transferach, a często nawet zasadach jest niewystarczająca; chociaż czasem mylą mi się nazwiska, role i składy; chociaż oglądam w telewizji migawki z PZPNowskiego syfu i wiem, że w niektórych kręgach FIFA jest synonimem kosmicznego bajzlu - stanowczo protestuję przeciwko teorii o tym, że piłka nożna to badziew, tania rozrywka dla dużych chłopców.
W moim przypadku zaczyna się sentymentalnie dość, bo od książeczki Adama Bahdaja. Pierwszy raz „Do przerwy 0:1” wydano w 1957 roku, ja sięgnęłam po nią jakieś czterdzieści lat później. Serialu do dziś nie obejrzałam w całości, ale przynajmniej mam tę świadomość, że w temacie muzycznym po słowach „przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda” idzie tekst „piłkę kopać chcesz, na trawę śpiesz, zagraj razem z nami, zagraj z kolegami”. I tu otwiera się kolejny punkt programu. Bo który z chłopców nie brał udział w podobnej historii? Bo kto nie spędził dzieciństwa zdzierając kolana na piasku, betonie, murawie? Ile razy wynik meczu rozstrzygał albo wzmagał spory między kolegami z boiska? Która z dziewczyn nie krążyła podekscytowana przy linii bocznej boiska - choćby i wyrysowanego na piasku - z nadzieją wyczekując, że bramkarz w końcu usłyszy jej gorący aplauz i będzie jej szukał na następnym meczu? Ja krążyłam.
Jest powód tego, że mali chłopcy kochają sportowców i na pewno nie jest to fakt, że ci sportowcy pieprzą modelki. Bo styl życia, dobrze skrojone garnitury Maradony, zadbane ciało Suareza, spojrzenie Villi, czy nawet czyjeś samcze zachowanie na boisku może kręcić mnie. A mali chłopcy śledzą piłkę, bo marzą o tym, żeby kiedyś być takimi piłkarzami, jakich widzą w telewizji. Bo małym chłopcom ich tatusiowie przywożą z zagranicznych wycieczek piłki Barcelony i koszulki Lecha. Bo mali chłopcy zbierają naklejki z wizerunkami piłkarzy i wklejają je do albumów, a potem popisują się, kto zna więcej faktów i nazwisk. Bo niezależnie od długości i szerokości geograficznej, mali chłopcy zakładają te swoje koszulki z poliestru i wychodzą na boisko, żeby choć przez moment poczuć się jak Puyol.
Ale to sentyment jakich każdy może namnożyć do woli. Są też fakty. Jeśli ktoś żyje w mitycznym przekonaniu, że na czas igrzysk zawiesza się wojny i spory, niech odświeży swoje dane. Przykład? Choćby wojna stu godzin znana też pod nazwą wojny futbolowej, która miała miejsce w 1969. Przyczyn sporu między Hondurasem a Salwadorem należy doszukiwać się w skrajnie nacjonalistycznych zachowaniach po obu stronach granicy, jednak jako punkt zapalny konfliktu podaje się przegraną Hondurasu w meczu eliminacyjnym do mistrzostw świata. Futbol tworzy historię, historia dyktuje losy futbolu. Druga Wojna Światowa spowodowała przerwę w rozgrywkach mistrzostw świata. W Polsce, w czasach okupacji granie w piłkę groziło śmiercią albo odesłaniem do obozu koncentracyjnego. W 1966 roku Kim Ir Sen skazał piłkarzy na rok więzienia i obóz pracy za przegrany mecz. Dziś cały świat spekuluje na temat losów reprezentacji Korei Północnej. W maju 1949 katastrofa lotnicza zbiera śmiertelne żniwo, ginie cała drużyna FC Torino, ówcześni trzykrotni mistrzowie Włoch. Minie blisko dwadzieścia lat, nim klub wróci do formy. W styczniu 2004 roku światem piłkarskim wstrząsa wiadomość o śmierci młodego napastnika klubu Benfica, Miklósa Fehéra. Podobnie jak jego kolega po fachu, Kameruńczyk Marc Vivien-Foé, Fehér zmarł robiąc to co kochał.
Świat futbolu, dla tych, którzy naprawdę się nim interesują to nie tylko faceci biegający za piłką. Ci, którzy się nim interesują, zasiądą zaraz przed telewizorami lub na trybunach ze swoimi żonami, dziewczynami, dziećmi. Tak jak ja, obejrzą półfinał z dziadkami, a finał z przyjaciółmi. Będą płakać ze szczęścia albo przełykać gorycz porażki swoich faworytów. Będą tam, gdzie powstaje historia, gdzie zderzają się światy, gdzie Angela Merkel skacze w euforii, a Mick Jagger kręci głową z niesmakiem.
Może więc, zamiast prychać z pogardą, warto zorientować się, czy znajomi nie noszą imienia któregoś z Orłów Górskiego? Zrozumieć, dlaczego, kiedy przy mikrofonie jest Dariusz Ciszewski, to znaczy Szpakowski, wszyscy wracają z dalekiej podróży, bo przy piłce Marszczerano, a konkretnie Jezus Maria Boruc. Pamiętać, że dla jednych gol to, jak dla Domarskiego, zwykłe „przyszła, naszła, zeszła, weszła”, a dla innych wszystko to, co rzeczywiście zaczął Roger Milla.
Zaraz ktoś mi powie, że zamiast jarać się piłką nożną można równie dobrze obejrzeć mecz polo. Zamiast wydawać pieniądze na stadiony można nakarmić głodne dzieci w, nomen omen, Afryce. No cóż, mój komentarz jest zbędny, kiedy dysponujemy słowami Jonasza Kofty:
Na świecie tym są takie dni,
gdy niebo drży, bo padł gol.
Kwestia skierowana jest do tych, którzy myślą, że nie ma nic głupszego niż podniecanie się dwudziestoma dwoma facetami uganiającymi się za piłką. Że poza tą dwudziestkądwójką jest jeszcze trzech kolesi z gwizdkiem, kilku na ławkach rezerwowych i całe tysiące na trybunach. Że jest jakiś spalony, którego nikt nie kuma, a celem jest trafienie do bramki i w zasadzie to na tyle. Ot i cały futbol.
Ja ze swojego stanowiska ośmielam się zaprotestować. Chociaż moja wiedza o klubach, transferach, a często nawet zasadach jest niewystarczająca; chociaż czasem mylą mi się nazwiska, role i składy; chociaż oglądam w telewizji migawki z PZPNowskiego syfu i wiem, że w niektórych kręgach FIFA jest synonimem kosmicznego bajzlu - stanowczo protestuję przeciwko teorii o tym, że piłka nożna to badziew, tania rozrywka dla dużych chłopców.
W moim przypadku zaczyna się sentymentalnie dość, bo od książeczki Adama Bahdaja. Pierwszy raz „Do przerwy 0:1” wydano w 1957 roku, ja sięgnęłam po nią jakieś czterdzieści lat później. Serialu do dziś nie obejrzałam w całości, ale przynajmniej mam tę świadomość, że w temacie muzycznym po słowach „przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda” idzie tekst „piłkę kopać chcesz, na trawę śpiesz, zagraj razem z nami, zagraj z kolegami”. I tu otwiera się kolejny punkt programu. Bo który z chłopców nie brał udział w podobnej historii? Bo kto nie spędził dzieciństwa zdzierając kolana na piasku, betonie, murawie? Ile razy wynik meczu rozstrzygał albo wzmagał spory między kolegami z boiska? Która z dziewczyn nie krążyła podekscytowana przy linii bocznej boiska - choćby i wyrysowanego na piasku - z nadzieją wyczekując, że bramkarz w końcu usłyszy jej gorący aplauz i będzie jej szukał na następnym meczu? Ja krążyłam.
Jest powód tego, że mali chłopcy kochają sportowców i na pewno nie jest to fakt, że ci sportowcy pieprzą modelki. Bo styl życia, dobrze skrojone garnitury Maradony, zadbane ciało Suareza, spojrzenie Villi, czy nawet czyjeś samcze zachowanie na boisku może kręcić mnie. A mali chłopcy śledzą piłkę, bo marzą o tym, żeby kiedyś być takimi piłkarzami, jakich widzą w telewizji. Bo małym chłopcom ich tatusiowie przywożą z zagranicznych wycieczek piłki Barcelony i koszulki Lecha. Bo mali chłopcy zbierają naklejki z wizerunkami piłkarzy i wklejają je do albumów, a potem popisują się, kto zna więcej faktów i nazwisk. Bo niezależnie od długości i szerokości geograficznej, mali chłopcy zakładają te swoje koszulki z poliestru i wychodzą na boisko, żeby choć przez moment poczuć się jak Puyol.
Ale to sentyment jakich każdy może namnożyć do woli. Są też fakty. Jeśli ktoś żyje w mitycznym przekonaniu, że na czas igrzysk zawiesza się wojny i spory, niech odświeży swoje dane. Przykład? Choćby wojna stu godzin znana też pod nazwą wojny futbolowej, która miała miejsce w 1969. Przyczyn sporu między Hondurasem a Salwadorem należy doszukiwać się w skrajnie nacjonalistycznych zachowaniach po obu stronach granicy, jednak jako punkt zapalny konfliktu podaje się przegraną Hondurasu w meczu eliminacyjnym do mistrzostw świata. Futbol tworzy historię, historia dyktuje losy futbolu. Druga Wojna Światowa spowodowała przerwę w rozgrywkach mistrzostw świata. W Polsce, w czasach okupacji granie w piłkę groziło śmiercią albo odesłaniem do obozu koncentracyjnego. W 1966 roku Kim Ir Sen skazał piłkarzy na rok więzienia i obóz pracy za przegrany mecz. Dziś cały świat spekuluje na temat losów reprezentacji Korei Północnej. W maju 1949 katastrofa lotnicza zbiera śmiertelne żniwo, ginie cała drużyna FC Torino, ówcześni trzykrotni mistrzowie Włoch. Minie blisko dwadzieścia lat, nim klub wróci do formy. W styczniu 2004 roku światem piłkarskim wstrząsa wiadomość o śmierci młodego napastnika klubu Benfica, Miklósa Fehéra. Podobnie jak jego kolega po fachu, Kameruńczyk Marc Vivien-Foé, Fehér zmarł robiąc to co kochał.
Świat futbolu, dla tych, którzy naprawdę się nim interesują to nie tylko faceci biegający za piłką. Ci, którzy się nim interesują, zasiądą zaraz przed telewizorami lub na trybunach ze swoimi żonami, dziewczynami, dziećmi. Tak jak ja, obejrzą półfinał z dziadkami, a finał z przyjaciółmi. Będą płakać ze szczęścia albo przełykać gorycz porażki swoich faworytów. Będą tam, gdzie powstaje historia, gdzie zderzają się światy, gdzie Angela Merkel skacze w euforii, a Mick Jagger kręci głową z niesmakiem.
Może więc, zamiast prychać z pogardą, warto zorientować się, czy znajomi nie noszą imienia któregoś z Orłów Górskiego? Zrozumieć, dlaczego, kiedy przy mikrofonie jest Dariusz Ciszewski, to znaczy Szpakowski, wszyscy wracają z dalekiej podróży, bo przy piłce Marszczerano, a konkretnie Jezus Maria Boruc. Pamiętać, że dla jednych gol to, jak dla Domarskiego, zwykłe „przyszła, naszła, zeszła, weszła”, a dla innych wszystko to, co rzeczywiście zaczął Roger Milla.
Zaraz ktoś mi powie, że zamiast jarać się piłką nożną można równie dobrze obejrzeć mecz polo. Zamiast wydawać pieniądze na stadiony można nakarmić głodne dzieci w, nomen omen, Afryce. No cóż, mój komentarz jest zbędny, kiedy dysponujemy słowami Jonasza Kofty:
Na świecie tym są takie dni,
gdy niebo drży, bo padł gol.
sobota, 26 czerwca 2010
"Mam kota...
...na gorącym dachu mojej głowy. On czuwa nad smakiem i kolorem moich nocnych spraw".
Tak śpiewała Maria Peszek, mnie natomiast ze spraw nocnych przyśniło się ostatnio, że razem z gronem serdecznych znajomych wybrałam się nad jezioro. Nie dziwota, w końcu lato, upał, Homo urbanus spragniony natury, stęskniony za zapachem świeżo skoszonej trawy i gleby napitej letnim deszczem. Ale niech wrócę do snu. Odpoczywamy doskonale. Ja pływam, upajam się orzeźwiającym chłodem, a kiedy wychodzę z wody, jestem kompletnie naga. I po raz pierwszy we śnie nagość nie jest dla mnie krępująca. Szukam w głowie przyczyn tego zdarzenia. I znajduję kilka.
Po pierwsze, że ostatnio słucham często dźwiękowej pocztówki autorstwa grupy Liquits z Mexico D.F., w której to pocztówce pojawia się radosny refren o bieganiu nago po Paryżu, Timbuktu, Xicalco i po czym tam jeszcze. Po drugie, że ja, w całym wakacyjnym klimacie, bardzo się z tym refrenem zgadzam. Chociaż takie bieganie w negliżu jest nielegalne. Po trzecie wreszcie, że - mimo całego zgiełku i zamieszania - towarzyszą mi w życiu radość i spokój jakiś. Jakby namiastka nieopisanej wolności.
Odpowiedź na pytanie, której ze stron służy poczucie wolności, radość z nagości i tęsknota za dzikością nie jest ważna. Wątpię, by kogokolwiek interesowało filozoficzne podłoże tych tęsknot. Nikomu nie zależy na stwierdzeniu, czy to naturalizm, a więc zmysłowość, dobrobyt i ucieczka przed przykrością, czy też zreformowana postać transcendentalizmu.
Pytanie jest o to, czy jesteśmy zwolennikami wolności, czy niewolnikami formy. Czy w ogóle da się uciec przed formą?
Pierwszą i naczelną formą, przed którą nie ma ucieczki jest ciało. Niektórzy wiedzeni potrzebami doskonalenia tej formy nadają jej coraz bardziej idealne kształty. Inni tej formy nie szanują albo zwyczajnie o nią nie dbają. Chodzi mi jednak o tych pierwszych. Tych, którzy poddają się niewolnictwu formy bezlitośnie odbijanej co rano w lustrze. Szukają pradawnej greckiej doskonałość, choć może unikają greckiej kuchni. Dążą do ciała pięknego niczym młoda cielęcina albo filet z dorsza. Z tamtej kultury, z tamtej formy wybierają to, co im odpowiada i czynią z tego formę własną.
Cóż z tego, kiedy ta forma zawsze jest zakryta? W "American Beauty" płatkami róż, w "Bridget Jones's Diary" dresem albo prześcieradłem. W "Titanicu" zamknięta nie tylko w ładowni, ale i w jakimś nędznym Fordzie chyba. Nawet u odważnego Gauguin'a ukryta, usprawiedliwiona dzikością Tahitańczyków.
Cóż nam z nagości posągów i manekinów, zarówno tych doskonałych, jak i tych szpetnych? Prawdziwa nagość nie odbija się w lustrach. Szczególnie dziś, kiedy sami siebie nie lubimy i sami się sobie nie podobamy. Kiedy musimy sprostać wymaganiom formy.
Nagości nie da się przedstawić na płótnie, ani na kliszy. Nie ma jej na plakatach i wystawach sklepowych. Prawdziwa nagość odbija się w tafli jeziora po północy, w oczach tych, którzy o nas dbają. I w naszych własnych.
Tak śpiewała Maria Peszek, mnie natomiast ze spraw nocnych przyśniło się ostatnio, że razem z gronem serdecznych znajomych wybrałam się nad jezioro. Nie dziwota, w końcu lato, upał, Homo urbanus spragniony natury, stęskniony za zapachem świeżo skoszonej trawy i gleby napitej letnim deszczem. Ale niech wrócę do snu. Odpoczywamy doskonale. Ja pływam, upajam się orzeźwiającym chłodem, a kiedy wychodzę z wody, jestem kompletnie naga. I po raz pierwszy we śnie nagość nie jest dla mnie krępująca. Szukam w głowie przyczyn tego zdarzenia. I znajduję kilka.
Po pierwsze, że ostatnio słucham często dźwiękowej pocztówki autorstwa grupy Liquits z Mexico D.F., w której to pocztówce pojawia się radosny refren o bieganiu nago po Paryżu, Timbuktu, Xicalco i po czym tam jeszcze. Po drugie, że ja, w całym wakacyjnym klimacie, bardzo się z tym refrenem zgadzam. Chociaż takie bieganie w negliżu jest nielegalne. Po trzecie wreszcie, że - mimo całego zgiełku i zamieszania - towarzyszą mi w życiu radość i spokój jakiś. Jakby namiastka nieopisanej wolności.
Odpowiedź na pytanie, której ze stron służy poczucie wolności, radość z nagości i tęsknota za dzikością nie jest ważna. Wątpię, by kogokolwiek interesowało filozoficzne podłoże tych tęsknot. Nikomu nie zależy na stwierdzeniu, czy to naturalizm, a więc zmysłowość, dobrobyt i ucieczka przed przykrością, czy też zreformowana postać transcendentalizmu.
Pytanie jest o to, czy jesteśmy zwolennikami wolności, czy niewolnikami formy. Czy w ogóle da się uciec przed formą?
Pierwszą i naczelną formą, przed którą nie ma ucieczki jest ciało. Niektórzy wiedzeni potrzebami doskonalenia tej formy nadają jej coraz bardziej idealne kształty. Inni tej formy nie szanują albo zwyczajnie o nią nie dbają. Chodzi mi jednak o tych pierwszych. Tych, którzy poddają się niewolnictwu formy bezlitośnie odbijanej co rano w lustrze. Szukają pradawnej greckiej doskonałość, choć może unikają greckiej kuchni. Dążą do ciała pięknego niczym młoda cielęcina albo filet z dorsza. Z tamtej kultury, z tamtej formy wybierają to, co im odpowiada i czynią z tego formę własną.
Cóż z tego, kiedy ta forma zawsze jest zakryta? W "American Beauty" płatkami róż, w "Bridget Jones's Diary" dresem albo prześcieradłem. W "Titanicu" zamknięta nie tylko w ładowni, ale i w jakimś nędznym Fordzie chyba. Nawet u odważnego Gauguin'a ukryta, usprawiedliwiona dzikością Tahitańczyków.
Cóż nam z nagości posągów i manekinów, zarówno tych doskonałych, jak i tych szpetnych? Prawdziwa nagość nie odbija się w lustrach. Szczególnie dziś, kiedy sami siebie nie lubimy i sami się sobie nie podobamy. Kiedy musimy sprostać wymaganiom formy.
Nagości nie da się przedstawić na płótnie, ani na kliszy. Nie ma jej na plakatach i wystawach sklepowych. Prawdziwa nagość odbija się w tafli jeziora po północy, w oczach tych, którzy o nas dbają. I w naszych własnych.
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Dura lex con bonito y mundial
Pamiętam, że jako mała dziewczynka marzyłam o tym, żeby pracować w sądzie. Jako prokurator, patolog, sędzia - ktokolwiek. Oglądałam tylko te filmy, w których czarni sędziowie w siwych perukach wydawali jasne i sprawiedliwe wyroki. Czytałam tylko te książki, w których sprawiedliwości zawsze stawało się zadość. Bo tam zawsze wszystko było pod kontrolą. Wszystko miało swoje miejsce, ręce i nogi.
Dziś zastanawiam się jak mogłam nie zauważyć, że to wszystko to fikcja. Ilu z nas wierzy, że sąd to przybytek rozsądku i sprawiedliwości? Jak często słysząc, że zapadł wyrok w sprawie, zastanawiamy się nad tego wyroku losem? Czym jest prawo? I jakie jest prawo? Kto jest prawem?
Za kradzież mienia o wartości dwóch i więcej szylingów groziła w Anglii za panowania Henryka Tudora kara śmierci. W krajach Bliskiego Wschodu godność kobiety warta jest tyle co koza. Największą hańbą dla Samuraja było ścięcie włosów, a szczytem upokorzenia kobiety zdradzającej męża jeszcze w dwudziestowiecznej Polsce było wywiezienie jej na taczkach ze wsi.
Wierzę święcie w to, że sprawiedliwość nie może być relatywna. Że cel nie uświęca środków. Wiem, że ręce wiążą nam kultura i cywilizacja. Wiem też, że prawo tworzą i prawu służą często ludzie głupi i ułomni. Jak to wszystko pogodzić?
Nie da się, oczywiście. Wszyscy nie mogą mieć racji, prawda nie może być bardziej mojsza niż twojsza. Nie da się jednocześnie ocalić wilka i nakarmić owcy, nie wysyłając któregoś z nich na przymusową dietę.
Niektórzy mówią, że sprawiedliwie i równo jesteśmy traktowani tylko przez śmierć, ale to też nieprawda. Bo śmierć, podobnie jak miłość, jest ślepa. Bogowie są głusi. Są szydercami pijącymi tanie piwo i zajadającymi orzeszki przed telewizorem, na ekranie którego rozgrywa się mundial naszego życia. Patrzą jak kopiemy piłkę od bramki do bramki. Oglądają nas miotających się niczym reprezentacja Polski w ostatnim towarzyskim z Hiszpanią. I krzyczą "Jak grasz, debilu?", "Co to za podanie?" i "Putos!". Ale nie mają wpływu na wynik gry, dobór sędziów, ustawienie piłkarzy, katar lewego skrzydłowego. Na to, że "piłka bardziej lubi Niemców".
W ostateczności nie mają wpływu na to, że w trzydziestej szóstej minucie ktoś dokona brutalnego faulu na kapitanie drużyny i obrońcy tytułu mistrzów świata zostaną bez lidera i bez wskazówek. I nawet jeśli bogowie przed telewizorem zakrzykną chóralnie i solidarnie "Eeeeej, co jest? Nie ma takiego kopania!", nawet jeśli sędzia podyktuje karny, a za kapitana na boisko wejdzie inny zawodnik, to i tak często bywa, że już się zesrało. Czasem nic z tych rzeczy się nie dzieje, ale za to działa boska ręka Diego. I mamy dowód, że - tak, czy inaczej - sprawiedliwości ni hu hu.
Ale co z tego? Co z tego, pytam się? Że czasem słońce jest zielone a trawa niebieska? Że czasem bramka jest okrągła, a piłki są dwie? Co z tego, skoro czasem wystarczy wierzyć w fikcję w dzieciństwie, żeby w dorosłym życiu - za cenę cholernego świętego spokoju - chcieć tę fikcję uczynić rzeczywistością?
Dziś zastanawiam się jak mogłam nie zauważyć, że to wszystko to fikcja. Ilu z nas wierzy, że sąd to przybytek rozsądku i sprawiedliwości? Jak często słysząc, że zapadł wyrok w sprawie, zastanawiamy się nad tego wyroku losem? Czym jest prawo? I jakie jest prawo? Kto jest prawem?
Za kradzież mienia o wartości dwóch i więcej szylingów groziła w Anglii za panowania Henryka Tudora kara śmierci. W krajach Bliskiego Wschodu godność kobiety warta jest tyle co koza. Największą hańbą dla Samuraja było ścięcie włosów, a szczytem upokorzenia kobiety zdradzającej męża jeszcze w dwudziestowiecznej Polsce było wywiezienie jej na taczkach ze wsi.
Wierzę święcie w to, że sprawiedliwość nie może być relatywna. Że cel nie uświęca środków. Wiem, że ręce wiążą nam kultura i cywilizacja. Wiem też, że prawo tworzą i prawu służą często ludzie głupi i ułomni. Jak to wszystko pogodzić?
Nie da się, oczywiście. Wszyscy nie mogą mieć racji, prawda nie może być bardziej mojsza niż twojsza. Nie da się jednocześnie ocalić wilka i nakarmić owcy, nie wysyłając któregoś z nich na przymusową dietę.
Niektórzy mówią, że sprawiedliwie i równo jesteśmy traktowani tylko przez śmierć, ale to też nieprawda. Bo śmierć, podobnie jak miłość, jest ślepa. Bogowie są głusi. Są szydercami pijącymi tanie piwo i zajadającymi orzeszki przed telewizorem, na ekranie którego rozgrywa się mundial naszego życia. Patrzą jak kopiemy piłkę od bramki do bramki. Oglądają nas miotających się niczym reprezentacja Polski w ostatnim towarzyskim z Hiszpanią. I krzyczą "Jak grasz, debilu?", "Co to za podanie?" i "Putos!". Ale nie mają wpływu na wynik gry, dobór sędziów, ustawienie piłkarzy, katar lewego skrzydłowego. Na to, że "piłka bardziej lubi Niemców".
W ostateczności nie mają wpływu na to, że w trzydziestej szóstej minucie ktoś dokona brutalnego faulu na kapitanie drużyny i obrońcy tytułu mistrzów świata zostaną bez lidera i bez wskazówek. I nawet jeśli bogowie przed telewizorem zakrzykną chóralnie i solidarnie "Eeeeej, co jest? Nie ma takiego kopania!", nawet jeśli sędzia podyktuje karny, a za kapitana na boisko wejdzie inny zawodnik, to i tak często bywa, że już się zesrało. Czasem nic z tych rzeczy się nie dzieje, ale za to działa boska ręka Diego. I mamy dowód, że - tak, czy inaczej - sprawiedliwości ni hu hu.
Ale co z tego? Co z tego, pytam się? Że czasem słońce jest zielone a trawa niebieska? Że czasem bramka jest okrągła, a piłki są dwie? Co z tego, skoro czasem wystarczy wierzyć w fikcję w dzieciństwie, żeby w dorosłym życiu - za cenę cholernego świętego spokoju - chcieć tę fikcję uczynić rzeczywistością?
niedziela, 20 czerwca 2010
W dupie mam przyszłość
Jak bohater marquezowskiej "Rzeczy o mych smutnych dziwkach" zasiadam do pisania w przededniu swych urodzin. Jest ciepły, letni wieczór, zajadam się truskawkami i słucham Chopina więc i sceneria jak z Marqueza. Po głowie echem odbijają mi się słowa Stasiuka, który w "Jadąc do Babadag" napisał, że w dupie ma przyszłość. Pamiętam, że kiedy to czytałam, zastanawiałam się, czy i ja się kiedyś tak poczuję. I oto nastał ten dzień. Oto jutro rozpoczynam "wiek jordanowski" i w dupie mam przyszłość. Interesuje mnie tylko to skąd jestem, skąd przychodzę. Co mnie zrobiło? Utkało? Wyrzeźbiło.
Co odpowiada za tę mordę, którą co rano widzę w lustrze?
Nie dbam o to, co się stanie z arcybiskupem Paetzem i gdzie pochowają kota niedoszłego jeszcze pana prezydenta, kiedy ów kot zdechnie. Nie interesuje mnie, za kogo i kiedy wyszła koleżanka nie mojej koleżanki z nie mojego liceum. Nic sobie nie robię z tego, że ktoś po raz setny zapytany o chwilę uwagi, po raz setny wykręca się brakiem czasu. W dupie mam lekarstwo na raka, ustawę o in vitro i punktację przyszłorocznych matur.
Interesuje mnie, z którego okna Franz Kafka patrzył na Pragę i gdzie upijał się Mickiewicz. Mam chęć patrzeć na morza i oceany, które w odwiecznym rytmie kształtują życie prostych rybaków. Chcę być tam, gdzie góralska muzyka dyktuje ruchy nóg i bicie serca. Przechadzać się uliczkami, które echem odbijały szepty zakochanych i krzyki kochanków. Chcę siadać przed kamienicami, chcę deptać bruk, gdzie stały szafoty i gilotyny. Chcę wdychać zapach owoców i świeżego chleba. Chcę być tam, gdzie Chopin całował Sand, gdzie Ford otwierał szampana na okoliczność uruchomienia pierwszej linii produkcyjnej, gdzie starzy ludzie grają w szachy w cieniu koron drzew.
W dupie mam akcje humanitarne, zbiórki wody dla dzieci w Afryce i info z plotkarskich portali. Nic mnie nie obchodzi handel darami dla powodzian i seksafera. Nie wzruszają mnie smsowe misje dla dzieci z wrodzonymi wadami mózgu.
Chcę, by w moich uszach rozbrzmiewała muzyka, a nie krzyk ulicy. Chcę Mozarta i świętego spokoju. Chcę oddychać powietrzem dawnego Petersburga, słyszeć odgłosy swych obcasów na posadzkach warszawskich synagog, oglądać słońce portugalskich winnic.
Chcę być tam, gdzie Stonesi grali swoje pierwsze garażowe koncerty, gdzie Elvis Presley kupował narkotyki, gdzie Madonna straciła dziewictwo. Chcę patrzeć na krajobraz, który oglądał Disney zanim stworzył Myszkę Miki. Dotykać ścian domu Kahlo, siadywać przed Wyspiańskim, czytać Czechowa nad brzegiem jeziora. Chcę czuć zapach przeżartej solą i parującej pod mackintoshem skóry amerykańskiego rybaka. Dotykać ciała spalonego słońcem, słuchać głosu przepitego najlepszą szkocką. Patrzeć na palce wygrywające utwory Pink Floyd napisane z myślą o kimś, kto żyje tylko w ludzkiej pamięci. Słyszeć polską kolędę w samotnym, smutnym scherzo h-moll.
Chcę widzieć wszystko to, czego nie widzą inni. Widzieć miejsca, w których zatrzymuje się czas. Wiedzieć, gdzie był ktoś, kogo znam z imienia, nazwiska i encyklopedii, a kogo chcę poznać z kuchni, szafy i sypialni.
Miesiąc temu ktoś ważny powiedział mi, że moje plany są może zbyt nierealne. Tydzień temu ktoś równie ważny powiedział, że moje życie jest zbyt zaplanowane. A wczoraj inny ważny ktoś powiedział, że rzeczy po prostu się dzieją.
Wybaczcie, że na chwilę przestanę was wszystkich słuchać. Ja dzisiaj w dupie mam przyszłość. Ja chcę. Ja sobie życzę.
Co odpowiada za tę mordę, którą co rano widzę w lustrze?
Nie dbam o to, co się stanie z arcybiskupem Paetzem i gdzie pochowają kota niedoszłego jeszcze pana prezydenta, kiedy ów kot zdechnie. Nie interesuje mnie, za kogo i kiedy wyszła koleżanka nie mojej koleżanki z nie mojego liceum. Nic sobie nie robię z tego, że ktoś po raz setny zapytany o chwilę uwagi, po raz setny wykręca się brakiem czasu. W dupie mam lekarstwo na raka, ustawę o in vitro i punktację przyszłorocznych matur.
Interesuje mnie, z którego okna Franz Kafka patrzył na Pragę i gdzie upijał się Mickiewicz. Mam chęć patrzeć na morza i oceany, które w odwiecznym rytmie kształtują życie prostych rybaków. Chcę być tam, gdzie góralska muzyka dyktuje ruchy nóg i bicie serca. Przechadzać się uliczkami, które echem odbijały szepty zakochanych i krzyki kochanków. Chcę siadać przed kamienicami, chcę deptać bruk, gdzie stały szafoty i gilotyny. Chcę wdychać zapach owoców i świeżego chleba. Chcę być tam, gdzie Chopin całował Sand, gdzie Ford otwierał szampana na okoliczność uruchomienia pierwszej linii produkcyjnej, gdzie starzy ludzie grają w szachy w cieniu koron drzew.
W dupie mam akcje humanitarne, zbiórki wody dla dzieci w Afryce i info z plotkarskich portali. Nic mnie nie obchodzi handel darami dla powodzian i seksafera. Nie wzruszają mnie smsowe misje dla dzieci z wrodzonymi wadami mózgu.
Chcę, by w moich uszach rozbrzmiewała muzyka, a nie krzyk ulicy. Chcę Mozarta i świętego spokoju. Chcę oddychać powietrzem dawnego Petersburga, słyszeć odgłosy swych obcasów na posadzkach warszawskich synagog, oglądać słońce portugalskich winnic.
Chcę być tam, gdzie Stonesi grali swoje pierwsze garażowe koncerty, gdzie Elvis Presley kupował narkotyki, gdzie Madonna straciła dziewictwo. Chcę patrzeć na krajobraz, który oglądał Disney zanim stworzył Myszkę Miki. Dotykać ścian domu Kahlo, siadywać przed Wyspiańskim, czytać Czechowa nad brzegiem jeziora. Chcę czuć zapach przeżartej solą i parującej pod mackintoshem skóry amerykańskiego rybaka. Dotykać ciała spalonego słońcem, słuchać głosu przepitego najlepszą szkocką. Patrzeć na palce wygrywające utwory Pink Floyd napisane z myślą o kimś, kto żyje tylko w ludzkiej pamięci. Słyszeć polską kolędę w samotnym, smutnym scherzo h-moll.
Chcę widzieć wszystko to, czego nie widzą inni. Widzieć miejsca, w których zatrzymuje się czas. Wiedzieć, gdzie był ktoś, kogo znam z imienia, nazwiska i encyklopedii, a kogo chcę poznać z kuchni, szafy i sypialni.
Miesiąc temu ktoś ważny powiedział mi, że moje plany są może zbyt nierealne. Tydzień temu ktoś równie ważny powiedział, że moje życie jest zbyt zaplanowane. A wczoraj inny ważny ktoś powiedział, że rzeczy po prostu się dzieją.
Wybaczcie, że na chwilę przestanę was wszystkich słuchać. Ja dzisiaj w dupie mam przyszłość. Ja chcę. Ja sobie życzę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)